PAP: W Wielkiej Brytanii odnotowano największą od trzech miesięcy liczbę ok. 50 tys. osób zakażonych w ciągu jednego dnia. Co się dzieje?

Prof. Włodzimierz Gut: Wielkie Brytania poszła w kierunku uzyskana odporności stadnej, dlatego zaprzestano jakichkolwiek sankcji z powodu nieprzestrzegania zasad profilaktyki. Uznano, że ci co chcieli się zaszczepić, to się zaszczepili, a reszta na własne życzenie otrzymała „szansę” przechorowania COVID-19.

PAP: Jest to jednak niepokojące, bo w Wielkiej Brytanii zaszczepiona jest zdecydowana większość populacji - więcej niż w Polsce, a mimo to liczba zakażeń jest wysoka.

Reklama

W.G.: Ale wciąż jest duży odsetek niezaszczepionych (prawie 30 mln – PAP). Stąd takie liczby zakażonych, ale mniej jest zgonów. Porównajmy to z Rosją, która czasami ma nawet mniej zachorowań - albo porównywalna liczbę, ale w Wielkiej Brytanii zgonów jest co najmniej siedem, osiem razy mniej.

PAP: Mniej jest też hospitalizacji, dzięki czemu mniejsze jest obciążenie służby zdrowia?

Reklama

W.G.: Wielka Brytania osiągnęła poziom zakażeń, przy którym zapewnione jest bezpieczeństwo państwa, tzn. bezpieczeństwo gospodarki i opieki medycznej.

PAP: Czy taka strategia nie jest jednak zbyt ryzykowna w dłuższej perspektywie? Ci, co przechorują, mogą mieć odlegle skutki COVID-19 i będą później obciążeniem dla służby zdrowia.

W.G.: Tak to prawda, jest jednak już dość duża liczba zaszczepionych, nie powinno być zatem większego problemu.

PAP: Niedawno Komitet Zdrowia i Opieki Społecznej (HSCC) opublikował raport sugerujący, że opóźnienie w Wielkiej Brytanii wprowadzenia lockdownu po wybuchu pandemii było błędem, za dużo było ofiar.

W.G.: Pewnie tak... Ważne jest też dobre nastawienie społeczne (jak ludzie przestrzegali zaleceń – PAP), to też się liczy i liczba zgonów była jednak ograniczana.

PAP: A gdybyśmy w naszym kraju postąpili podobnie i zrezygnowali z noszenia maseczek, zachowywania dystansu i dezynfekcji?

W.G.: Wielka Brytania ma jakieś 80 proc. zaszczepionej populacji, a Polska – jedynie 50 proc. Nasz kraj byłby wtedy pod względem zakażeń pośrodku pomiędzy Wielką Brytanią a Rosją, która ma 35 proc. osób zaszczepionych.

PAP: Jak czwarta fala będzie się u nas dalej rozwijała?

W.G.: Szczepienie idą jak idą, coraz więcej osób otrzymuje trzecią dawkę, a ja bym wolał, żeby więcej osób otrzymało pierwszą i drugą dawkę, niż trzecią. Bo trzecia dawka jest tylko przypominająca o tym, co organizm już wie, jak ma się zachować w razie zakażenia. Moim zdaniem raczej nie będzie 27 tys. zakażonych, ale jeszcze nam trochę przyrośnie.

PAP: Wzrost infekcji w czwartej fali będzie łagodny?

W.G.: Od początku ten wzrost jest innego typu. Wtedy mieliśmy co dziesięć dni podwojenie liczby chorych, a teraz tydzień do tygodnia mamy wzrost na poziomie 40 proc.

PAP: A struktura zachorowań?

W.G.: Chorują bardziej ludzie młodzi, u których przebieg schorzenia jest łagodniejszy, więcej będzie późniejszych następstw COVID-19, niż ostrych postaci i zgonów.

PAP: We Francji, Niemczech w Włoszech jest mniej zakażeń, niż w Wielkiej Brytanii, to zasługa tego, że w tych krajach nie ma tak dużego poluzowania zasad?

W.G.: Dokładnie tak. We Włoszech parlamentarzysta nie będzie mógł zagłosować, jeśli się nie zaszczepi przeciwko COVID-19, bo nie wejdzie do gmachu parlamentu.

PAP: Powszechne szczepienia mają zatem kluczowe znaczenie walce z pandemia?

W.G.: Dokładnie tak. Wtedy możemy kosztem niezaszczepionych sobie poluzować gospodarkę, dzięki czemu – zażartuję - mamy za co kupić szczepionkę dla tych, którzy chcą się szczepić.