Taką deklarację usłyszałam niedawno od jednego ze znajomych. W pierwszej chwili się zdziwiłam, nawet lekko oburzyłam, ale po chwili zastanowienia stwierdziłam: ja chyba też.
Wraz ze wzrostem liczby zakażeń rośnie liczba osób, które zetknęły się z koronawirusem w ten czy inny sposób. Jesteśmy coraz bardziej świadomi, z czym wiąże się samo zakażenie i choćby kontakt z chorym. Dlatego zupełnie niezależnie od grona koronasceptyków powiększa się grono osób, które nie negując zagrożenia zdrowotnego, wolą uniknąć związanej z tym biurokracji.
Wiosną wszyscy zgodnie potępiali w czambuł osoby łamiące zasady kwarantanny. Dziś okazuje się, że ludzie zamknięci w domu, którzy nie mogli doprosić się pomocy w wykupieniu leków czy wyprowadzeniu psa, lądują na kilka miesięcy w areszcie. Nikt, kto próbował się dodzwonić do sanepidu, rejonowej przychodni albo innej instytucji władnej podejmować jakieś decyzje, nie dziwi się już, że uziemiony człowiek w poczuciu bezsilności wyszedł z domu, żeby załatwić sprawę niecierpiącą zwłoki.
Otwarto szkoły, nie można już zatrzymać dzieci w domu – jeżdżą zatłoczonymi autobusami, tłoczą się na korytarzach, uczą się w 30-osobowych klasach, gdzie zachowanie zasad dystansu społecznego jest fikcją. Rodzicom nie pozostawiono wyboru, ale jednocześnie nie uprzedzono ich, że w razie zakażenia dziecka nie tylko trafią z nim na kwarantannę, ale wręcz spędzą w niej więcej czasu niż ono (domownicy osoby zakażonej pozostają w odosobnieniu o 10 dni dłużej, a jednocześnie nie testuje się ich, jeśli nie mają objawów). Dla wielu osób kolejna, blisko miesięczna nieobecność w pracy i wyłączenie z normalnego życia to nie tylko kłopot, ale wręcz katastrofa.
Reklama
Do tego dochodzi brak przepływu informacji między poszczególnymi instytucjami. Ktoś na własną rękę zrobił sobie test, wyszedł pozytywny, ale nie może się dowiedzieć, co dalej. Że sam powinien się izolować – to oczywiste. Ale co z bliskimi, co z osobami z kontaktu? Informacja o dodatnim wyniku powinna trafić do sanepidu, jednak nie zawsze trafia wystarczająco szybko. Nawet gdy test wykonany jest w ramach systemu, bywa, że na kontakt z sanepidu czeka się kilka dni albo dłużej. A człowiek chciałby przecież wiedzieć, kiedy formalnie skończy mu się kwarantanna albo czy jego współmałżonek może wyjść z domu bez groźby administracyjnej kary.
Sytuację komplikuje to, że z zasady nie testuje się osób bez objawów. Tymczasem wiele osób, słysząc o kontakcie z zakażonym, w pierwszym odruchu chce zrobić test i szybko rozstrzygnąć, czy jest zakażenie, czy nie. Zamiast tego są one kierowane na 10 dni do izolacji. Nic dziwnego, że coraz częściej zdarzają się pretensje do tych, którzy podali je jako tzw. kontakt i „zrobili im kłopot”.
Wyglądałoby to inaczej, gdyby procedury były jasne i działały. Wiem, wiem – niedofinasowane instytucje, przeciążenie pracą, mało pracowników, którzy nie nadążają z załatwianiem wszystkich spraw, zwłaszcza teraz, gdy ich liczba rośnie lawinowo. Ale przecież epidemia nie trwa od miesiąca. To już ósmy miesiąc, w tym mieliśmy co najmniej dwa miesiące względnej stabilizacji. Wystarczy, by wzmocnić najsłabsze elementy systemu – przynajmniej tam, gdzie nie trzeba wysoko wykwalifikowanej kadry (z całym szacunkiem, ale łatwiej znaleźć ludzi do obsługi infolinii, nawet jeśli trzeba na niej udzielać precyzyjnych informacji, niż do obsługi respiratorów).
Wymaga się od nas odpowiedzialności i troski o innych, ale my mamy prawo oczekiwać tego samego. Poważnego traktowania, przemyślanych decyzji. W przeciwnym razie nie tylko nie będziemy przestrzegać wprowadzanych obostrzeń, lecz także szybko znajdziemy sposoby obchodzenia wszelkich restrykcji. W końcu Polak potrafi.