Nie wszyscy strajkujący otrzymali obiecane podwyżki – to jedyne, co udało się bezsprzecznie ustalić na ich wczorajszym spotkaniu z ministrem zdrowia.
– Minister ogłosił sukces, a my czujemy się zlekceważeni – tak podsumowują środowe spotkanie przedstawicie diagnostów i fizjoterapeutów. – Szef resortu szybko wyszedł, a my zostaliśmy z urzędnikami i analizowaliśmy dane – dodaje Agnieszka Gierszon, sekretarz Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Medycznych Laboratoriów Diagnostycznych.
Przypomnijmy, diagności laboratoryjni i fizjoterapeuci prowadzą swoją akcję od 23 września. To zawody, które – w przeciwieństwie do lekarzy, pielęgniarek czy ratowników medycznych – nie zawarły z ministrem odrębnych porozumień płacowych. I choć obiecano im podwyżki, uznano, że środki na nie muszą wygospodarować dyrektorzy lecznic (podczas gdy dla tamtych grup są one przekazywane odrębnym strumieniem). Wzrost płac diagnostów i fizjoterapeutów oraz innych zawodów medycznych miał być sfinansowany z podwyższonego ryczałtu i zwiększonych wycen świadczeń medycznych. Ale nie wszędzie tak się stało, choć minister zdrowia deklarował wcześniej, że będzie rozliczał dyrektorów z tego, jak wykorzystali dodatkowe pieniądze.
Na zeszłotygodniowym spotkaniu ustalono, że resort zweryfikuje swoje dane na ten temat, związkowcy zarzucili bowiem ministrowi, że nie ma pełnych informacji ani o liczbie placówek, które dały pracownikom podwyżki, ani o ich wysokości. A wzrosty na poziomie 39 zł brutto nie satysfakcjonują protestujących, domagają się oni 1200 zł netto.
Przed wczorajszym spotkaniem Łukasz Szumowski mówił, że z analiz resortu wynika, iż w 75 proc. placówek podwyżki wynosiły 200–1000 zł brutto. Średnio to ok. 370 zł brutto.
– Udowodniliśmy, że dane, którymi posługuje się ministerstwo, rozmijają się z naszymi, według których w ok. 30 proc. były w miarę satysfakcjonujące podwyżki – mówi Agnieszka Gierszon. – Rozbieżności okazały się znaczące. Z naszych informacji wynika np., ze w woj. śląskim tylko cztery placówki dały podwyżki w wysokości takiej, o jakiej mówi minister – dodaje Tomasz Dybek, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii.
Od poniedziałku odbywać się będą kolejne spotkania w sprawie podwyżek – pomiędzy wojewódzkimi oddziałami NFZ i dyrektorami placówek. Na 16 października, czyli już po wyborach, zaplanowano następną turę rozmów z ministrem.
Obecnie akcja protestacyjna polega na wykorzystywaniu urlopów, zwolnień lekarskich i rezygnacji z nadgodzin. O jej ewentualnym zaostrzeniu zdecydują członkowie związków w najbliższych dniach (wcześniej rozważana była m.in. głodówka). Skutki strajku odczuło już ok. 100 placówek. Według związkowców wiele z nich nie jest w stanie zapewnić właściwych warunków udzielania świadczeń, np. zdarza się, że rehabilitacja pacjentów prowadzona jest przez osoby nieuprawnione, badania wykonywane są tylko w trybie pilnym. Tomasz Dybek złożył do NFZ wnioski o kontrole, czy została zachowana ciągłość świadczeń i wykonywały je osoby uprawnione. Chodzi m.in. o lecznice w Żywcu, Sosnowcu, Słupsku, Poznaniu, Jeleniej Górze.
Diagnostów i fizjoterapeutów wsparły ich samorządy zawodowe. Zarówno KIDL, jak i KIF upomniały się w ostatnich dniach o godziwe pensje i docenienie pracy przedstawicieli tych zawodów.
Protest rozważają również ratownicy, którzy też wczoraj spotkali się z przedstawicielami resortu zdrowia. Miałby on polegać na ograniczeniu liczby dyżurów, co system ratownictwa – już teraz zmagający się z brakiem ratowników – mógłby odczuć bardzo boleśnie. Na razie Ogólnopolski Związek Zawodowy Ratowników Medycznych zorganizował akcję pod hasłem „Ratowniku, idź na wybory. A resztę dnia spędź ze swoją rodziną”. Ma to szczególne znaczenie, ponieważ 13 października przypada Dzień Ratownictwa Medycznego.
Liczbę dyżurów ograniczają lekarze. W październiku rozpoczęła się ich akcja „Zdrowa praca” polegająca na powstrzymaniu się do pracy w wymiarze większym niż 48 godzin tygodniowo. Jej skutki jednak nie będą odczuwalne od razu. Jak tłumaczy Bartosz Fiałek z zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, grafiki rozpisywane są z wyprzedzeniem, więc pierwsze problemy w tych placówkach, gdzie duża liczba lekarzy przyłączyła się do akcji, mogą pojawić się po 20 października. Wymienił w tym kontekście szpitale w Tarnowskich Górach, Brzesku i Lublinie. Jednak tam, gdzie jest wielu rezydentów, nawet jeśli wszyscy przyłączą się do akcji, kłopotów z obsadą dyżurów może nie być albo mogą się pojawić dopiero po kilku miesiącach.