Zmieniamy skarpety, pracę, wystrój wnętrza, składniki w sałatce, partnerów. Dużo tych zmian. Ale nigdzie nie zachodzą one tak szybko i tak często jak w motoryzacji.

Zmiana biegów

Dawno temu były ich tylko trzy, potem cztery, pięć, a jak pojawiło się sześć, to każdy zastanawiał się, czy to nie przesada. Sześć biegów do przodu? Przecież od wiecznego przekładania wajchy nabawić się będzie można skurczu w prawej dłoni. Ale z drugiej strony, lepiej było przekładać samemu niż pozwolić na to tępemu automatowi, który dobierał je z gracją i finezją średniowiecznego kowala. Redukcja z trójki na dwójkę trwała tak długo, że w międzyczasie można było zaparzyć herbatę i zrobić zakupy w Pewexie. A dzisiaj?
Dzisiaj automatyczne skrzynie są szybsze niż 99 proc. kierowców i inteligentniejsze niż 99,9 proc. z nich. Dostosowują się do stylu jazdy i mają nawet po 10 biegów (np. mercedes, ford czy lexus). Sęk w tym, że rodzi to problemy podobne do tych, jakie ma kobieta wybierająca sukienkę na pierwszą randkę. Czerwona czy granatowa? Z rozcięciem czy odsłoniętymi plecami? A może spodnie? Tak samo zdecydowane są skrzynie 10-biegowe. Wciskacie mocniej gaz, a one myślą: „Muszę zredukować bieg na dziewiątkę. Albo na ósemkę. A najlepiej to na siódemkę. Może jednak piątka. A nie, jednak wróćmy do ósemki”. To dowód na to, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. A najlepiej, by bieg był tylko jeden. Jak w elektrykach. Pedał gazu działa tu trochę jak pokrętło regulujące siłę ssania w odkurzaczu – płynnie. Gdy tylko czule go muskacie, jest delikatnie i przyjemnie, jak w komediach romantycznych. Ale gdy wbijacie go brutalnie w podłogę, robi się ostro jak w produktach niemieckiej kinematografii dla dorosłych. Zmieniają się tu wyłącznie aktorzy. I to tylko miejscami.

Zmiana świateł

Kiedyś trzeba było pamiętać, żeby je włączyć po zapadnięciu zmroku. I regulować, by nie oślepiać innych. I jeszcze ciągle przełączać z długich na mijania. Ale i tak niczego to nie zmieniało – w świetle zwykłych żarówek widzieliście czubek własnego nosa. Przeskakującego przez jezdnię jelenia dostrzegaliście dopiero w chwili, gdy poroże tkwiło już w przedniej szybie auta.
Pierwsza zmiana polegała na tym, że wprowadzono czujniki zmierzchu, czyli światła automatycznie zapalały się w chwili, gdy robiło się ciemno. Potem pojawiły się lampy ksenonowe, zapewniające lepszą widoczność, których nie trzeba już było regulować (np. po załadowaniu bagażnika). A dzisiaj mamy lampy LED, a nawet inteligentne światła laserowe, które mają zasięg pół kilometra i nigdy nikogo nimi nie oślepiacie, bo wykrywają auta jadące z naprzeciwka i przełączają się z drogowych na mijania. Albo wręcz długimi oświetlają pobocze i resztę jezdni, podczas gdy inne auta umieszczają w cieniu.
Żeby było ciekawiej, nowoczesne światła współpracują z systemami noktowizyjnymi, czyli w całkowitej ciemności i z kilkuset metrów wykrywają pieszych, rowerzystów, zwierzęta i alarmują kierowcę. To oznacza, że zobaczycie jelenia, zanim on zobaczy was. Będziecie mogli się zatrzymać i po cichu wyjąć sztucer z bagażnika i – jeżeli jesteście członkiem idiotą koła myśliwskiego – pokazać dzieciom siedzącym na tylnej kanapie, jak wygląda „krzewienie tradycji łowieckiej” w praktyce.

Zmiana koła

Kiedyś łapałeś kapcia, stawałeś na poboczu, wyjmowałeś z bagażnika zapasowe koło w takim samym rozmiarze, podnosiłeś wóz na lewarku, odkręcałeś śruby, dokręcałeś śruby i po 10 minutach było po zawodach. Miałeś ręce po pachy uwalone mieszanką smaru, błota i kurzu, ale mogłeś jechać dalej. A teraz? Teraz koła większości nowych samochodów mają średnicę pierścieni Jowisza, więc zapasowe musielibyście ciągać za sobą na dwuosiowej przyczepie. Dlatego zamiast niego z autem dostarczany jest zestaw naprawczy – mała pompka z kompresorem o mocy astmatyka dmuchającego przez słomkę plus mała butelczyna z klejem. Po złapaniu gumy podłącza się to ustrojstwo do wentyla i czeka pół godziny tylko po to, żeby zobaczyć, jak biała, lepka i cuchnąca maź wypływa przez dziurę w oponie, brudząc wam przy okazji nogawki spodni i buty.
Jeśli macie szczęście, to po 30 minutach brudni i śmierdzący jedziecie autostradą wolniej niż tiry i szukacie najbliższego zakładu wulkanizacyjnego, który zrobi porządek. To jednak trochę potrwa, bo po zdjęciu koła wulkanizator będzie musiał oczyścić felgę i oponę z kleju, co będzie kosztowało więcej niż nowy samochód. Jeśli natomiast macie pecha (95 proc. przypadków), to będziecie musieli zadzwonić po assistance. Laweta przyjedzie po około dwóch godzinach i odstawi wasze auto do najbliższego serwisu, gdzie w sobotnie popołudnie nikt nie będzie miał czasu się nim zająć. A w poniedziałek rano okaże się, że „rozmiar opony jest bardzo nietypowy i musimy ściągać ją z magazynu w Gwinei Równikowej”. W ten oto sposób zwykły kapeć pozbawi was środka transportu na tydzień. Jak widać, zmiana nie zawsze następuje na lepsze.

Zmiana żarówki

Co robiliście kiedyś, gdy wysiadło wam światło w aucie? Kupowaliście nową żarówkę na stacji za 4,99 zł, otwieraliście maskę, wykręcaliście zużytą, wkręcaliście nową i po maksymalnie czterech minutach ruszaliście w dalszą drogę. Jeżeli dzisiaj chcielibyście samodzielnie dokonać tej sztuki, to musicie:
1. Mieć własny garaż.
2. Zamontować w nim profesjonalny podnośnik.
3. Zamówić w internecie zestaw 73 śrubokrętów z końcówkami w kształcie gwiazdki, krzyżyka, trójkąta, kwadratu, kwiatu pelargonii oraz łapy czapli siwej.
4. W najbliższym sklepie sześciopak piwa.
5. Rozebrać pół samochodu, nie zapominając o wyjęciu całego silnika.
6. Dokupić drugi sześciopak.
7. Poprosić o pomoc kumpla.
8. Dokupić dwa sześciopaki.
9. Wyciągnąć lampę.
10. Wymontować z niej żarówkę.
11. Iść znowu do spożywczaka.
12. Założyć nową żarówkę.
13. Pokłócić się z kumplem.
14. Złożyć samochód samodzielnie.
A na końcu i tak się okaże, że musicie wezwać assistance i odwieźć auto do serwisu, bo po całej operacji nie działa ABS, kierunkowskazy, poduszki powietrzne i zapchał się filtr cząstek stałych. Trzeba zresetować komputer, a to można zrobić tylko za pomocą innego komputera, który w hurcie kosztuje równowartość domu jednorodzinnego.

Zmiana pasa ruchu

Kiedyś sprawdzało się w lusterkach, czy coś nie nadjeżdża z tyłu, włączało kierunkowskaz i płynnie zjeżdżało na prawy bądź lewy pas. Ale producenci doszli do wniosku, że jesteśmy w tym beznadziejni i postanowili zapewnić nam istotne wsparcie w tej prozaicznej czynności.
Obecnie żeby zmienić pas, nie możecie jedynie spoglądać w lusterka, ale również na kontrolki informujące, czy w martwym polu nie znajduje się jakieś auto. A teraz trochę praktyki: kontrolka co prawda się świeci, ale widzicie w lusterku, że jakaś łajza po prostu jedzie lewym pasem z dokładnie taką samą prędkością co wy. Jako że jest w bezpiecznej odległości, to postanawiacie wjechać przed nią, aby wyprzedzić tira przed wami. Ale wówczas do gry wkracza system zwany asystentem pasa ruchu, który kategorycznie odmawia zjechania na lewy pas, bo kontrolka martwego pola wysłała mu komunikat, że „nie zostały spełnione wszystkie warunki do tego, by można bezpiecznie wykonać manewr zmiany pasa ruchu”. Przez krótką chwilę walczycie z kierownicą i staracie się przekonać procesor, że doskonale wiecie, co robicie. Ale zamiast tego on dochodzi do wniosku, że jesteście idiotami i zaraz wpakujecie się w tira, więc wysyła do układu hamulcowego komendę o treści: „Stop, bo przyje….my”. I włącza awaryjne hamowanie. W ten sposób prosta, pozbawiona emocji czynność, którą doskonaliliście przez ostatnie 20 lat w tysiącach różnych sytuacji na drodze, zamienia się w thriller z elementami komedii. I nie wiadomo tylko, czy się bać, śmiać, czy płakać.

Zmiana stacji radiowej

Kiedyś wystarczyło przekręcić pokrętło albo nacisnąć przycisk. Zapamiętanie ulubionej stacji? Banał. Wciskało się klawisz. Płyta CD albo kaseta magnetofonowa? Wkładało się ją w odpowiednią szczelinę i samo zaczynało grać. Dzisiaj, żeby włączyć muzykę w nowoczesnym samochodzie, trzeba najpierw zrobić przynajmniej licencjat z informatyki.
Ostatnio przejechałem 50 km jakimś autem, nie patrząc w ogóle na drogę, tylko szukając ulubionej stacji radiowej. Gdy mi się to nie udało, podjąłem próbę sparowania mojego smartfona z pokładowym systemem multimedialnym. Kiedy w końcu odniosłem sukces, dotarło do mnie, że jestem w Amsterdamie.
We współczesnych autach mamy radio analogowe, cyfrowe, odtwarzacz Bluetooth, Apple Car Play, Android Auto, USB, zmieniarkę DVD. Super, tylko czemu w wielu przypadkach ich obsługa jest taka skomplikowana? Żeby zapamiętać stację radiową w mercedesie, trzeba wejść w menu, potem w podmenu, następnie w podmenu do podmenu oraz podmenu do podmenu podmenu. I tam jest takie polecenie, którego nazwy nie pamiętam, ale jak w nie klikniecie, to… zupełnie nic się nie wydarzy. Mam wrażenie, że łatwiej zmienić majtki, ściągając je przez głowę, niż zmienić źródło muzyki w wielu nowych samochodach. Z banalnej czynności uczyniono poważny problem.

Niepewna zmiana

Nic nie ewoluuje tak szybko jak motoryzacja. Za każdym razem, gdy myślę, że już dojechaliśmy do ściany, wsiadam do jakiegoś auta i jestem zaskakiwany kolejnymi rozwiązaniami. Jedne są bardzo przydatne i praktyczne, inne kompletnie bez sensu i jedynie utrudniają życie. Ale właśnie taka jest cena zmian. A tego, czy idą we właściwym kierunku, nie sposób ocenić tu i teraz. Dokładnie tak jest z przeskokiem z motoryzacji spalinowej na elektryczną, który ma właśnie miejsce. Nikt nie wie, czym się on skończy, jakie będą jego krótko- i długotrwałe efekty. I chyba właśnie to jest najbardziej rajcujące w zmianach – niepewność. To ona nas napędza.