Jeżeli choć trochę interesujecie się motoryzacją, to pewnie kiedyś o uszy obiła wam się nazwa Euro NCAP. To organizacja, która sprawdza, jak bezpieczne są nowe auta – rozbija je, a potem przyznaje im gwiazdki i punkty. Raz na jakiś czas przeprowadza też badania wśród konsumentów – a te potrafią zjeżyć włos na głowie. Na przykład nie dalej jak w zeszłym tygodniu NCAP opublikowała raport, z którego wynika, że 70 proc. Europejczyków uważa, że już dzisiaj można kupić samochód, który sam jeździ. Serio.
Producenci tak mocno wtłoczyli w głowy wielu kierowców hasła o „autonomicznej jeździe”, że ci uwierzyli w cuda. 34 proc. deklaruje, że mając w aucie zaawansowane systemy wspomagania, będą pisać wiadomości na smartfonie. Co piąty badany twierdzi, że system sam, bez ingerencji kierowcy zajmuje się prowadzeniem auta, a 11 proc. – uwaga! – rozważy drzemkę podczas jazdy drogą szybkiego ruchu. Powtórzę to głośno raz jeszcze: co dziewiąta osoba jest gotowa nastukać się solidnie w barze, wsiąść do auta, włączyć tempomat i iść spać!
NCAP ostrzega, że przez takie podejście może dochodzić do niebezpiecznych sytuacji na drodze. I winą za to obarcza producentów, którzy „sprzedają samochody w taki sposób, żeby kierowcy wierzyli, że mogą zrzec się kontroli podczas jazdy”. Ja jednak myślę, że wina leży gdzie indziej – po prostu 11 proc. kierowców to idioci. Wierzą, że w Alpach żyją fioletowe krowy, że z wymion żyrafy lecą owocowe drażetki, oraz są zdziwieni, że po zażyciu środka na potencję ich konar nie zaczyna płonąć. Ci sami ludzie mają prawa rodzicielskie, wyborcze, obywatelskie etc. Co najgorsze, mają też prawa jazdy. A to tak, jakby pawianowi dać naładowanego i odbezpieczonego browninga.
Reklama
Inna sprawa, że współczesne auta faktycznie są w stanie wykonywać za kierowcę wiele czynności. Przyspieszają, hamują, ostrzegają przed innymi autami znajdującymi się w martwym polu lusterek, wykrywają pieszych i rowerzystów. Niektóre mają nawet radary, kamery i lasery precyzyjnie śledzące linie na drodze i samoczynnie utrzymują między nimi samochód – również w nocy, podczas deszczu i przy prędkości 200 km/h. Ale – na litość boską – to nie oznacza, że prowadzą się same. Równie dobrze można by przyjąć, że skoro wasz ośmioletni syn już chodzi, potrafi zasznurować buta i posmarować kromkę masłem orzechowym, to jest gotowy do samodzielnego życia i powinien się wyprowadzić do własnego mieszkania.
Magazyn DGP z 13 marca 2020 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Tego, jak niebezpieczna jest autonomia w rękach idiotów, dowodzi przykład pewnego Amerykanina, który włączył tempomat w kamperze, a następnie poszedł do kuchni zaparzyć sobie herbatę. Obudził się dwa tygodnie później w szpitalu gdzieś w Tennessee. I wiecie co zrobił? Pozwał producenta auta za to, że ten nie umieścił gdzieś w widocznym miejscu wielkiego i wyraźnego ostrzeżenia: „PARZENIE HERBATY PODCZAS JAZDY GROZI WYPADKIEM”.
Z drugiej strony, czasami sam czuję się najsłabszym ogniwem w samochodzie. A niekiedy wręcz jedynie elementem wystroju jego wnętrza. Tak miałem w przypadku volkswagena touarega, którego autonomiczne systemy pracowały z taką precyzją, lekkością oraz w tak przemyślany i przewidujący sposób, że po przejechaniu 5 km doszedłem do wniosku, że moja najdrobniejsza ingerencja w kierowanie mogłaby jedynie wszystko popsuć. Wyobraźcie sobie 50 filharmoników wiedeńskich, którzy odstawiają popisowy numer, a wy wchodzicie na scenę i zaczynacie walić chochlą w metalowy garnek – dokładnie tak bym się czuł, gdybym postanowił przejąć prowadzenie od touarega. On po prostu robił to lepiej.
Ten wóz zapewnia obłędny komfort jazdy, nieprawdopodobne poczucie bezpieczeństwa, ale jego największą zaletą pozostaje uniwersalność. Po autostradzie jeździ szybko, pewnie i stabilnie jak osobówka, ale jednym przyciskiem możecie zamienić go w terenówkę, którą na przełaj przejedziecie całą Polskę i nie zrobi to na nim najmniejszego wrażenia. Dorzućcie do tego mnóstwo przestrzeni we wnętrzu, ogromny bagażnik, doskonałe wyciszenie, a otrzymacie auto do wszystkiego, na każdą okazję i po prostu idealnego kandydata do wspólnego życia.
Mam tylko jeden problem z tym samochodem. Otóż Volkswagen przyzwyczaił nas do tego, że jego samochody są wykonane z taką pieczołowitością, dokładnością i przy użyciu tak dobrych materiałów, że po zdetonowaniu w nich granatu wystarczy tylko odkurzyć wnętrze. W przypadku touarega tak nie jest. Pomijam fakt, że deska rozdzielcza przywodzi mi na myśl meblościankę z lat 80., na której ktoś postawił telewizor LCD. Gorzej, że drewniana wstawka na niej została wyciosana przez początkującego cieślę za pomocą dłuta i kiepsko spasowana z resztą. Plastiki w niektórych miejscach trzeszczały i sprawiały wrażenie zrobionych z przetopionych butelek PET. A to wszystko w aucie, którego cena zaczyna się od 260 tys. zł, przy czym bardzo łatwo dobić z wyposażeniem do pułapu 350 tys.
Same dobre rzeczy mogę za to powiedzieć o 286-konnym motorze 3.0 TDI, który okazał się kulturalny, wystarczająco dynamiczny i oszczędny. Bez większego trudu mieściłem się w 7–8 litrach, co jak na takie gabaryty i 2 tony masy jest wynikiem wręcz doskonałym.
W sumie to bardzo udany i niesamowicie uniwersalny wóz ze świetnie działającymi systemami wspomagającymi kierowcę. W dodatku doskonale się prowadzi. Niestety nie mogę znieść widoku jego deski rozdzielczej. Jeżeli jednak uznacie ją za oryginalną albo chociaż intrygującą, a do tego lubicie SUV-y, to śmiało możecie wpisać touarega na listę potencjalnych zakupów.