Obsługująca fotoradary ITD chce poprawić skuteczność ściągania kar za przekroczenia prędkości

W zeszłym roku wszystkie 500 urządzeń rejestrujących wykroczenia, którymi dysponuje Inspekcja Transportu Drogowego, uwieczniło na zdjęciach 1,6 mln kierowców, którzy przekroczyli prędkość. Ale mandatami zakończyło się tylko 45 proc. spraw. Bo system ich wystawiania jest mało skuteczny. Dlatego Inspekcja chce zmienić przepisy tak, by mogła szybciej karać – i to niekoniecznie kierowców, ale również właścicieli samochodów. Ministerstwo Infastruktury nie mówi „nie”.

– Obecny system jest archaiczny, a procedura wystawiania mandatów skomplikowana, przewlekła i kosztowna – tłumaczy Alvin Gajadhur, szef ITD. Duża część kierowców wykorzystuje luki w przepisach i nie przyznaje się do tego, że to oni kierowali sfotografowanym pojazdem. – Żeby utrudnić nam postępowanie wskazują np. osoby postronne, nawet cudzoziemców. Kombinują na różne sposoby – opowiada Gajadhur. Dodaje, że duża część właścicieli aut w ogóle nie odpowiada na wezwania do wskazania osoby, która faktycznie przekroczyła prędkość. W takich sytuacjach ITD wysyła wnioski do sądów. Te jednak nie zawsze traktują niewskazanie jako wykroczenie.

1,58 mln przekroczeń prędkości zarejestrowały w 2019 r. wszystkie fotoradary, które ma ITD

717 tys. spraw zakończyło się wystawieniem mandatu

2897 to wstępna liczba ofiar, które poniosły śmierć na polskich drogach w 2019 r.

Z tych powodów Inspekcja, wzorem wielu innych krajów, chce wprowadzić znacznie szybszy system karania – administracyjny. W praktyce wyglądać ma to tak: właściciel auta uwiecznionego przez fotoradar dostawałby wezwanie do wskazania kierowcy. Jeśli nie zrobiłby tego w ciągu 14 dni, ITD z automatu nakładałaby na niego karę administracyjną. Bez punktów karnych, bez dochodzenia, sądów etc. I niewykluczone, że wyższą niż potencjalny mandat.

– Analizujemy tę propozycję. System faktycznie trzeba usprawnić – przyznaje wiceminister infrastruktury Rafał Weber.

– Jeśli rząd rzeczywiście, jak zapowiadał premier Morawiecki w swoim exposé, chce poprawić bezpieczeństwo na drogach, to jak najszybciej powinien wprowadzić to rozwiązanie w życie – komentuje Łukasz Zboralski z portalu brd24.pl.

Przyznanie pieszym pierwszeństwa już przed wejściem na pasy ma znacznie poprawić bezpieczeństwo. Wypadki na przejściach, w tym te ze skutkiem śmiertelnym, to teraz jeden z większych problemów. Około 31 proc. wszystkich zabitych w wypadkach to właśnie piesi, którzy przechodzili w wyznaczonym do tego miejscu. Według ekspertów nowe zasady mają wymusić na kierowcach bezpieczniejsze zachowania.

W krajach Unii Europejskiej, w których piesi mają takie przywileje, statystyki wypadków na przejściach są znacznie mniej tragiczne. Jednak w poprzedniej kadencji Sejmu zarówno minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, jak i jego zastępca Rafał Weber byli przeciwnikami tego rozwiązania. Uważali, że jeżeli jakiś przepis sprawdza się w innych krajach, to niekoniecznie musi być skuteczny w naszych realiach. Jednak wprowadzenie pierwszeństwa przed przejściem zapowiedział w swoim exposé premier Mateusz Morawiecki. Resort infrastruktury musi zatem wprowadzić te regulacje w życie. Wiceminister Rafał Weber przyznał posłom z Komisji Infrastruktury, że odpowiedni projekt zmian w Prawie o ruchu drogowym jest już opracowany. Teraz czeka w kolejce, aż zajmie się nim Rada Ministrów. W rozmowie z DGP Weber nie chciał zdradzać szczegółów. Zapowiedział tylko, że będzie wprowadzone 9-miesięczne vacatio legis. W tym czasie rząd będzie musiał przeprowadzić szeroko zakrojoną kampanię informacyjną, w której będą dokładnie tłumaczone nowe zasady. Resort dostanie na to odpowiednie środki.

W trakcie posiedzenia sejmowej Komisji Infrastruktury pojawiła się jednak kontrowersja w sprawie definicji pierwszeństwa dla pieszych. Wiceminister Weber stwierdził, że to nie będzie bezwzględne pierwszeństwo, co oburzyło posłankę Lewicy Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, która jest szefową parlamentarnego zespołu ds. bezpieczeństwa na drogach. Boi się, że na przechodniów będą nałożone różne obowiązki, np. zatrzymania się przed przejściem, co może grozić rozmyciem przepisu i w efekcie nie dojdzie do poprawy bezpieczeństwa pieszych. Łukasz Zboralski z portalu brd24.pl tłumaczy jednak, że wokół tego narosły nieporozumienia. – Nie ma czegoś takiego jak bezwzględne pierwszeństwo dla pieszych. Nie będą zwolnieni z myślenia. Nadal będą musieli zachować ostrożność przy przechodzeniu przez jezdnię. Przepisy wyraźnie określą i doprecyzują zasady postępowania kierowcy. Będzie musiał zwolnić przed przejściem, a jeśli przed nim znajdzie się pieszy, to kierowca ma się zatrzymać i go przepuścić – mówi Zboralski.

Posłanka Dziemianowicz-Bąk uważa jednak, że rząd powinien o wiele bardziej zaangażować się w walkę z piratami drogowymi. Przypomniała, że Polska przoduje w Unii Europejskiej pod względem liczby zabitych na drogach na milion mieszkańców. Gorzej pod tym względem jest tylko w Chorwacji, na Łotwie, w Rumunii i Bułgarii. W jej ocenie trzeba zwiększyć wysokości mandatów, a wpływy z nich powinny trafić do specjalnego funduszu przebudowy miejsc niebezpiecznych. Posłanka żałuje także, iż przed kilkoma laty odebrano fotoradary samorządom i przekazano je Inspekcji Transportu Drogowego. O oddanie fotoradarów gminom apelował ostatnio m.in. prezydent Rafał Trzaskowski.

ITD na razie chce usprawnić działania tego systemu, by m.in. sprawniej egzekwować kary. ITD za pieniądze unijne chce też kupować nowe urządzenia. System będzie rozrastał się jednak dość powoli. W ciągu dwóch-trzech lat liczba nowych fotoradarów stacjonarnych wzrośnie zaledwie o jedną czwartą – do ok. 550. Inspekcja przyznaje, że w niektórych krajach europejskich ich liczba sięga kilku tysięcy.

Z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji przyszła jednak właśnie odpowiedź, że nie ma planów, by urządzenia były przekazywane do samorządów. Wiceminister infrastruktury Rafał Weber nie wyklucza jednak, że ITD będzie współpracować z gminami m.in. w sprawie lokalizacji nowych urządzeń. Być może gminy będą mogły też dofinansować montaż nowych fotoradarów.

Współpracę z ITD od pewnego czasu prowadzi już stołeczny Zarząd Dróg Miejskich. Warszawa to dotąd jedyne miasto w Polsce, gdzie urządzenia, które kupował samorząd, udało się przekazać inspekcji i ponownie uruchomić. Niedawno ZDM porozumiał się z ITD w sprawie montażu na moście Poniatowskiego, na którym dochodziło do śmiertelnych wypadków, tzw. odcinkowego pomiaru prędkości. Za urządzenia zapłaci Warszawa, a Inspekcja będzie je obsługiwać. Szef ZDM Łukasz Puchalski narzeka jednak, że urządzenia mają kosztować aż 5 mln zł. Według niego byłyby znacznie tańsze, gdyby w Polsce znacznie częściej stosowano to rozwiązanie. Jak dotąd istnieje tylko w 29 miejscach w całym kraju. Według ZDM uprawnienia do instalowania odcinkowego pomiaru ma tylko jedna firma w Polsce.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji w piśmie do urzędników warszawskich poinformowało natomiast, że niewykluczone są zmiany w taryfikatorze mandatów. Społecznicy od dłuższego czasu zwracają uwagę, że ich wysokość nie była podwyższana od 20 lat. Najwyższy mandat to nadal 500 zł. Padają m.in. propozycje, by ich wysokość powiązać z wysokością dochodów.