No dobra, to co w takim razie pasuje waszym zdaniem do BMW? „Deutschland, Deutschland über alles”? A może coś z repertuaru Rammsteina? Cóż, BMW ma w głębokim poważaniu nasze skojarzenia i zdecydowało, że jego samochody będą grały tak, jak im Hans Zimmerzatańczy. I to dosłownie. Bawarczycy ogłosili, że słynny kompozytor, autor m.in. ścieżki dźwiękowej do filmu „Gladiator”, będzie odpowiadał za dźwięki wydawane przez elektryczne modele marki. Nie, to nie żart.
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Po przesiadce do volkswagena T-Crossa intuicyjnie zacząłem szukać w Spotify utworu „Plastikowa Biedronka” – pewnie dlatego, że pierwszy człon tego tytułu idealnie opisuje wnętrze niemieckiego crossovera, a drugi – jego aparycję. W lexusach zawsze włączam relaksujący, ale rytmiczny, charakterny jazz (może poza LC 500 i RC-F, do których bardziej pasuje „Sweet Dreams” w wykonaniu Marylina Mansona, ewentualnie „Highway to Hell” AC/DC). W porsche leci Volbeat (polecam każdemu, kto twierdzi, że nienawidzi metalu), a skoda – za sprawą ostatniej produkcji TVN – już na wieki wieków kojarzyła mi się będzie z Edytą Górniak. Za każdym razem, gdy mijam na ulicy nowego czeskiego SUV-a Quqryq czy jakoś tak, zaczynam nucić pod nosem „Mój sokole…”. Nie jestem psychologiem, ale w tym przypadku jakąś rolę muszą odgrywać skojarzenia z ptakami.
Z kolei gdy jechałem kią e-Soul, mercedesem EQC, teslą 3 czy audi e-Tronem, z głośników leciał Jean-Michele Jarre – jego elektroniczna muzyka idealnie mi pasowała do charakteru tych elektrycznych, nowoczesnych samochodów. Wam też wydaje się to naturalne, prawda? Tak samo, jak to, że siedząc za kierownicą nowego jeepa wranglera, powinno się słuchać piosenek Brothers Osborne i „Tennessee Whiskey” Chrisa Stapletona. I oczywiście palić marlboro przy otwartym oknie, co nie?

Reklama
No dobra, to co w takim razie pasuje waszym zdaniem do BMW? „Deutschland, Deutschland über alles”? A może coś z repertuaru Rammsteina? Cóż, BMW ma w głębokim poważaniu nasze skojarzenia i zdecydowało, że jego samochody będą grały tak, jak im Hans Zimmer zatańczy. I to dosłownie. Bawarczycy ogłosili, że słynny kompozytor, autor m.in. ścieżki dźwiękowej do filmu „Gladiator”, będzie odpowiadał za dźwięki wydawane przez elektryczne modele marki. Nie, to nie żart.
Auta na prąd są ciche. Dowolnym modelem możecie wyjechać z domowego garażu o godz. 23, tuż po tym jak zaśnie żona, wrócić o 5.30, czyli chwilę przed tym jak się obudzi, i nawet nie zorientuje się, że was nie było. Elektryki nie wydają żadnych dźwięków podczas uruchamiania, przyspieszania, hamowania ani cofania. – Das ist very dangerous! – oświadczyła pewnego dnia troskliwa Komisja Europejska i kategorycznie zażyczyła sobie, by jednak elektrowozy wydawały z siebie jakieś odgłosy. Ale nie powiedziała jakie.
Jeśli o mnie chodzi, to chciałbym, żeby podczas przyspieszania elektryczne BMW wydawało z siebie dźwięki wiarygodnie udające serię z pistoletu maszynowego mauser M57. Ręka w górę, kto nie zjechałby mi z drogi. Z kolei po wrzuceniu wstecznego biegu powinien rozlegać się odgłos wściekle warczącego i szczekającego psa – wtedy wszyscy znajdujący się w promieniu kilometra piesi odruchowo zwiewaliby na najbliższe drzewo, a my moglibyśmy bezpiecznie wykonać manewr cofania. Zwykły klakson? Przecież dzisiaj nikt nie zwraca uwagi na trąbienie. Odgłos myśliwca przekraczającego barierę dźwięku – o, to byłoby coś. Kierowca insigni, który wczoraj wymusił na mnie pierwszeństwo, do dzisiaj prałby gacie.
Mówiąc krótko, BMW miało miliard możliwości, ale zamiast wykazać się kreatywnością i poczuciem humoru, postanowiło poprosić o pomoc pana Zimmera. Efekt będzie taki, że w przyszłości podczas przyspieszania bawarskim elektrykiem będziecie się czuli, jakbyście samotnie zakradali się do rzymskiego legionu z zamiarem jego wymordowania. Skrzypce i puzony Hansa będą budowały takie napięcie, że czasu przyspieszenia od zera do setki Niemcy nie będą podawali w sekundach, tylko w liczbie uderzeń serca. Albo oddechów wykonanych przy pomocy respiratora.
Mazda nie ma takich problemów. Bo na razie nie ma w ofercie żadnego elektryka i nie musi się martwić o to, kto skomponuje do niego dźwięki przyspieszania, cofania i kierunkowskazów. Mazda jako jedyny producent w Europie nie ma nawet silników doładowanych, więc obcy jest jej także dźwięk świstu, jaki wydają z siebie turbosprężarki. Co więcej, Mazda twierdzi, że to ma sens, sprawdza się, a jej auta są inne niż wszystkie. W dobrym tego słowa znaczeniu. A jak jest naprawdę?
Jeżdżę od kilku dni modelem CX-30 z motorem 2.0 SkyActiv-G o mocy zaledwie 122 koni i jestem autentycznie zdumiony jego umiejętnościami. Sprawnie zrywa się do biegu, nie musi przy tym wkręcać się – jak stare wolnossące motory – na 5 czy 6 tys. obrotów i generalnie sprawia wrażenie zaskakująco dynamicznego. Tak mniej więcej do 80-90 km/h, bo potem zaczynają się problemy. Sprawia je jednak nie tyle sam motor, ile dramatyczna automatyczna skrzynia biegów, która została zaprojektowana przez jakiegoś XV-wiecznego kowala.
Wciśnięcie gazu w podłogę przy 90 km/h sprawia, że… Nic nie sprawia. Pojawia się hałas i nic więcej. Gdy już uda się wam na autostradzie osiągnąć upragnione 140 km/h i nagle pojawi się przed wami TIR, lepiej będzie w niego walnąć, niż zwolnić. Bo każde wyhamowanie do 90 km/h i ponowne położenie nogi na gazie sprawia, że automat czuje się zagubiony jak trzylatek pierwszego dnia w przedszkolu – najchętniej stanąłby w kącie i się rozpłakał. Myślę, że dużo lepiej zrobicie, jeżeli wybierzecie to auto z ręczną skrzynią. Albo przynajmniej z mocniejszym motorem, który ma 180 koni. Choć nie jestem pewien, czy ten archaiczny automat nie poderżnie gardeł 80 z nich.
Wydaje mi się, że Japończykom po prostu zabrakło pieniędzy na dobrą skrzynię. Włożyli mnóstwo kasy w zaprojektowanie wyjątkowego – jak na dzisiejsze czasy – motoru, wpompowali miliony w wykonanie świetnego jeśli chodzi o design, jakość i materiały wnętrze (pod tym względem to klasa premium), doskonałego zawieszenia i układu kierowniczego, w wyciszenie kabiny, nowoczesne i bardzo dobrze działające systemy wspomagające etc. Na końcu okazało się jednak, że nie mają już budżetu na zakup porządnego automatu, więc pozostało im sklecić coś na szybko z części znalezionych w koszu z odpadami przemysłowymi.
Mazda CX-30 to przykład świetnego wozu (urzekła mnie wyglądem, komfortem, ciszą, wykonaniem, jakością, wyposażeniem, pewnością prowadzenia, poczuciem bezpieczeństwa), któremu automat odebrał cały urok. Wiecie, jaki utwór najlepiej pasował mi do tego auta? Słynne „I Love Rock ’N’ Roll” Joan Jett, ale w wykonaniu… Britney Spears. Po prostu najlepszy przykład na to, jak łatwo można schrzanić bardzo dobry utwór.