Auta elektryczne przechodzą z fazy utopijnych snów grupki świrów do fazy, w której zaczyna się budowanie napięcia i dochodzi do prawdziwych zwarć.
ikona lupy />
magazyn okładka 3 stycznia 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Serwis wPolityce.pl zaserwował kilka dni temu intrygujący materiał zawierający listę najbardziej absurdalnych – zdaniem redakcji – przykładów poprawności politycznej, z jakimi zetknęliśmy się w 2019 r. I przyznam szczerze, że niektóre z nich przednio mnie ubawiły. Oraz doprowadziły mnie do jednego wniosku: tytuł profesora, naukowca, pisarza czy wykładowcy znanego uniwersytetu nie chroni przed byciem idiotą.
Zacznijmy od dr Sonji Falck, która wykłada psychologię na Uniwersytecie Wschodniego Londynu. Zaapelowała do brytyjskiego rządu, by na listę określeń uważanych powszechnie za nienawistne i obraźliwe wpisał słowa „nerd” i „geek”. Jeśli dobrze rozumiem, to zdaniem pani Falck powiedzieć do kogoś „ty maniaku komputerowy” znaczy tak naprawdę „ty czarnuchu”. A za określenie „ty kujonie” powinno się karać co najmniej tak, jak za organizowanie hucznych urodzin Hitlera w lesie. Idąc tym tropem, proponuję uznać za mowę nienawiści również określenia „mądrala”, „inteligent” oraz „osioł”. Od dzisiaj, jak mój syn nie będzie umiał dodać pięciu do pięciu, będę mówił do niego „ty mój mały koniku”.
W kategorii „Idiota roku” pani Falck po piętach depcze fiński bioetyk Joona Räsänen, który zaproponował, by niektórym ludziom pozwolić wybrać swój wiek. Możliwe miałoby to być w trzech przypadkach: gdy wiek odczuwany przez daną osobę odbiega od jej wieku rzeczywistego, gdy jej wiek chronologiczny znacznie odbiega od wieku biologicznego oraz gdy osoba ta stała się przedmiotem dyskryminacji ze względu na wiek. Pozwólcie, że przełożę to na język ludzki. Po pierwsze, od dzisiaj każdy mężczyzna po skończeniu 15 lat już zawsze powinien mieć 15 lat – w końcu taki jest jego wiek „odczuwany”, i to nie tylko przez niego samego, lecz także przez jego żonę i mamusię.
Po drugie, każdy gabinet medycyny estetycznej powinien mieć prawo do skorygowania nie tylko piersi i nosów swoich pacjentów, ale również ich metryk urodzenia. Bo przecież obecnie za pomocą jednego zastrzyku można sprawić, że „wiek chronologiczny danej osoby znacznie odbiega od jej wieku biologicznego”. Działa to również w drugą stronę, na co tysiące przykładów znajdziecie na korytarzach szkół podstawowych i liceów. Doczekaliśmy czasów, w których piętnastolatki wyglądają jak czterdziestki, a czterdziestolatki jak piętnastki. Dlatego warto uwzględnić to w dowodach osobistych. Choćby po to, żeby nie podzielić losu Romana P. i nie musieć do końca życia ukrywać się w szwajcarskich górach.
Tak dochodzimy do „cyklistów”, czyli – jak twierdzą australijscy naukowcy – słowa, które dehumanizuje rowerzystów. To efekty jakichś badań, w których 55 proc. respondentów uznało, że cykliści „nie są do końca ludźmi”. W pierwszej chwili pomyślałem, że przepytywano na tę okoliczność kangury, ale zaraz potem dotarło do mnie, że Australijczycy mają rację! Człowiek to – jak mnie uczono w szkole – istota rozumna. Poza dużą częścią rowerzystów, którym Bóg zamiast mózgu dał dwa kółka połączone prętami i powiedział: „A teraz się nie rozglądaj, tylko pedałuj. Umiejętność kręcenia synchronicznie nogami oraz lateksowe gacie sprawiają, że jesteś lepszy niż inni”. Jak obserwuję to, co wyprawiają niektórzy cykliści, to autentycznie zastanawiam się, po co są im kaski. Równie dobrze można by zakładać ochraniacze spadającym z drzewa orzechom włoskim.
A teraz mój ulubiony przykład na to, że poprawność polityczna nie tyle zaczyna zbliżać się do granic absurdu, co już dawno je przekroczyła. Otóż na stanowym uniwerku w amerykańskim Michigan zorganizowano kurs komunikowania, na którym uczono studentów, jak rozmawiać, by nikogo nie sprowokować i nie obrazić. Młodzi ludzie dowiedzieli się m.in., że należy unikać słów i zwrotów takich jak: „ale”, „przepraszam” i „nie ma problemu”. Zamiast nich lepiej używać: „oraz”, „tudzież”, „nie ma za co”, „jest mi bardzo przykro”. A teraz wyobraźcie sobie rozmowę dwóch kumpli:
– Pójdę po zajęciach do pubu, ale nie będę mógł się z Tobą napić. Przepraszam.
– Nie ma problemu!
W języku ludzi z Michigan, czyli tak, by nikogo nie urazić i nie sprowokować, dyskusja powinna wyglądać tak:
– Pójdę po zajęciach do pubu oraz nie będę mógł się z Tobą napić. Nie ma za co.
– Tudzież jest mi bardzo przykro.
No i pamiętajcie, że pod żadnym pozorem nie powinniście podchodzić do nieznajomego na ulicy i pytać go wprost: „Przepraszam, która godzina?”, bo to może go urazić, ewentualnie doprowadzić do krwawej jatki, przy której „Kill Bill” to bajka dla dwulatków. Jeśli życie wam miłe i chcecie pozostawać w harmonii ze wszystkimi, pytanie powinno brzmieć tak: „Jest mi bardzo przykro, która godzina?”.
A teraz jest mi bardzo przykro oraz muszę przejść w końcu do samochodów, nie ma za co. Bo też do tej dziedziny życia zaczęła docierać poprawność polityczna. Politycy, ekolodzy, nawet same koncerny motoryzacyjne przekonują nas przekonywać, że jeżdżenie klasycznym autem spalinowym jest rodzajem głoszenia „mowy nienawiści” bez otwierania ust. Że w ten sposób obrażamy matkę naturę, mordujemy foki grenlandzkie i gotujemy naszym dzieciom przyszłość, w której kurczaka z rożna będzie się robiło bez rożna. Uratować nas przed takim losem mają auta z napędami alternatywnymi – hybrydy, plug-iny i elektryki. W tym roku nastąpi prawdziwy wysyp takich samochodów. Ale nie myślcie sobie, że koncerny opracowują je dobrowolnie z czystej troski o czyste środowisko. Zostały do tego zmuszone. 1 stycznia weszły w życie nowe unijne normy dotyczące emisji dwutlenku węgla przez samochody osobowe – średnio może to być tylko 95 g/km (dla porównania średnia dla wszystkich nowych aut w 2018 r. to 126 g/km). Za przekroczenie tej normy producenci będą płacili kary – 95 euro za każdy 1 g/km. Nic z tego nie rozumiecie i nie wiecie, co to w praktyce oznacza? Wyobraźcie sobie w takim razie, że robicie siusiu sześć razy dziennie. Pewnego dnia przychodzą do was ludzie w szarych garniturach i z groźnymi minami oświadczają, że od dzisiaj możecie sikać tylko cztery razy, a za piąty, szósty i każdy kolejny policzą wam po 95 euro.
Koncerny oczywiście nie mają zamiaru płacić kar – szczególnie że gdyby utrzymały średnią emisję z 2018 r., to musiałyby oddać Bruskeli łącznie ok. 35 mld euro. Wolą te pieniądze wpakować w opracowanie aut elektrycznych, hybryd czy plug-inów, które znacząco obniżą średnią dla gamy. Rewolucja zaczęła się nieśmiało w ubiegłym roku, a w tym nabierze rozpędu. Na rynku z jednej strony mają pojawić się auta na prąd, które będą w zasięgu portfela Kowalskiego, a z drugiej – modele udowadniające, że dystans czy czas ładowania przestają być problemem. Choć aktualne pozostaje pytanie, czy elektrowozy faktycznie są ekologiczne (energochłonna produkcja baterii, prąd z węgla, późniejsza konieczność recyklingu i utylizacji dużych akumulatorów), to ja po doświadczeniach z kilkoma elektrykami nie mam wątpliwości – jesteśmy świadkami największej rewolucji w transporcie od momentu wynalezienia koła. ©℗
Po doświadczeniach z kilkoma elektrykami nie mam wątpliwości – jesteśmy świadkami największej rewolucji w transporcie od momentu wynalezienia koła

AUDI E-TRON GT

W 2019 r. marka spod znaku czterech pierścieni wjechała na rynek SUV-em e-tron, na który klienci byli tak napaleni, że auto w ich rękach dosłownie płonęło. Akcja serwisowa wyeliminowała problem, wizerunkowy pożar ugaszono w zarodku, a firma poszła za ciosem i jeszcze w tym roku zamierza uruchomić produkcję kolejnego elektryka – tym razem sportowego e-trona GT. Gdy zobaczyłem prototypową wersję tego samochodu na jakichś targach, autentycznie poczułem podniecenie. W dziale stylistów Audi najwyraźniej zatrudniono kogoś, kto reżyserował niemieckie filmy dla dorosłych – wie, jak sprawić, by człowiek był rozedrgany od samego patrzenia. Dorzućcie do tego przyspieszenie do setki w 3,5 sekundy, a możliwe, że będziecie potrzebowali chusteczki. ©℗

VOLKSWAGEN ID.3

Z ID.3 jest trochę jak z garnkami, które mają cudowne właściwości uzdrawiania – Niemcy od roku roztaczają wokół auta aurę wyjątkowości, twierdzą, że każdy na nie zasługuje (hasło reklamowe to „Now You Can”), ale z drugiej strony nie każdy może je mieć. Najpierw był prototyp, od paru miesięcy można wpisywać się na listę chętnych, stworzono – cytuję – ekskluzywną edycję specjalną ID.3 1st, fabryka podobno już działa, reklamy od dłuższego czasu lecą w telewizji, ale auta jeszcze fizycznie nie można u nas kupić. O co chodzi? Pewnie o to, że ID.3 to tak naprawdę… nic nowego. Po prostu samochód na prąd, w dodatku bardzo przypominający BMW i3, które debiutowało sześć lat temu. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z Volkswagenem, więc będzie się dobrze sprzedawał. Nie bez znaczenia będzie przy tym fakt, że podstawowa wersja z zasięgiem ok. 270 km ma kosztować 120–130 tys. zł. ©℗

VOLVO XC40 P8

Szwedzi eksperymentują z elektryczną technologią od dłuższego czasu, ale robią to tak, jak żyją – skromnie i po cichutku. Pierwszym głośnym owocem ich pracy i testów ma być właśnie XC40 P8. Biorąc pod uwagę, że marka należy do Chińczyków, a ci mają dostęp i do zasobów litu, i do elektrycznego know-how, to spodziewać się można naprawdę wiele. Zasięg na poziomie 375 km, ładowanie do pełna w ca. 45 minut i niecałe 5 sekund do setki. Cena w okolicach 250 tys. zł. ©℗

MAZDA MX-30

Jeszcze kilka lat temu Japończycy twierdzili, że elektryczne samochody są bez sensu, i publicznie głosili teorię, że silniki wolnossące świetnie się sprawdzają, więc trzeba je udoskonalać. Aż dziw bierze, że nie skupili się na udoskonalaniu powozów konnych – przecież też się sprawdzały. Ta filozofia sprawiła, że Mazda w Europie znalazła się nad przepaścią, bo emisja jej samochodów jest tak wysoka, że ceny niektórych modeli podniesiono – i to nawet o kilkanaście tysięcy złotych. MX-30 ma pomóc w spełnieniu wymagań Brukseli. Pytanie, czy klientom wystarczy 180 km zasięgu. Mazda tłumaczy to po swojemu: „Obliczyliśmy, że taka bateria zostawia mniejszy ślad węglowy w środowisku niż duże akumulatory”. Przepraszam, że co? Wiecie, co by było, gdyby tak samo tłumaczyli się producenci smartfonów? „Zamontowaliśmy w Pana telefonie baterię, która trzyma tylko 10 minut, ale dzięki temu zostawia Pan mniejszy ślad węglowy”. „Wspaniale, dziękuję bardzo! Cieszę się, że lodowce leżą wam na sercu bardziej niż to, żebym dodzwonił się do domu”. Rozumiecie, co mam na myśli, prawda? ©℗

KIA E-SOUL

Jestem pewien, że jeśli ktoś będzie w stanie nam zaoferować sensownie wycenione, pełnowartościowe auto z dużym zasięgiem i o więcej niż przyzwoitych osiągach, to będą to Koreańczycy. W minionym roku przy okazji kręcenia programu Automaniak przejechałem hyundaiem koną electric prawie 600 km na jednym ładowaniu. Co prawda przez Norwegię, gdzie czas za kierownicą płynie wolniej niż ciecz w zapowietrzonej kroplówce, ale i tak dowodzi to potencjału Hyundaia. A Kia e-Soul jest lepsza – większa, atrakcyjniejsza stylistycznie, ciut szybsza i wierzę, że również tańsza. Wyobrażam sobie, że mając 150 tys. zł, wolałbym ją niż jakiekolwiek inne nowe auto w tej cenie. ©℗

PORSCHE TAYCAN TURBO S

750 koni, 1050 Nm, obezwładniające 2,6 sekundy do setki – to nie osiągi myśliwca szturmowego, tylko produkcyjnego Taycana Turbo S. Ktoś jeszcze twierdzi, że autom elektrycznym brakuje emocji? Sam Walter Rohrl (jeden z najbardziej utytułowanych kierowców sportowych świata) stwierdził, że elektryczne Porsche zrywa skórę z twarzy. I już można je kupić. Niemcy tak głęboko wierzą w elektryfikację, że zapowiedzieli wprost, iż kolejna generacja SUV-a Macan będzie sprzedawana wyłącznie w wersji na prąd. ©℗

TOYOTA MIRAI

Gdy inni kombinują, jak tu upchnąć baterie pod podłogą, zwiększyć zasięg, skrócić czas ładowania i skąd wziąć tyle litu, Toyota dochodzi do wniosku, że elektryki na akumulatory są… passe. I wyprzedza wszystkich o jakieś dwie dekady, prezentując model elektryczny, ale z własną elektrownią na pokładzie. Nowy Mirai ma ogniwo paliwowe, tankowanie wodoru zajmuje tu tyle czasu, co załatwienie prostej potrzeby fizjologicznej, a potem auto przejeżdża 650 km. To musieli wymyślić do spółki jakiś geek z nerdem, których wiek odczuwany odbiega od wieku rzeczywistego. Mają po 40 lat, ale jeszcze się nie urodzili. Żyją, ale są już w przyszłości.