W nowym rozkładzie jazdy czasy przejazdu pociągów będą dłuższe nawet tam, gdzie zakończono wielomiliardowe inwestycje.
Kolejarze powtarzają, że po latach zapaści pasażerowie wracają do kolei. Świadczy o tym rosnąca liczba przewiezionych podróżnych, np. w wakacje z usług PKP Intercity skorzystało o 8 proc. więcej osób niż przed rokiem. Polak jeździ statystycznie koleją osiem razy w roku. W tych estymacjach odstajemy jednak od innych krajów. Czech korzysta z kolei dwa razy częściej, a Szwajcar aż osiem razy częściej.
Wraz z wejściem w życie 9 grudnia nowego rozkładu jazdy nie należy spodziewać się spektakularnej poprawy. Wszystko przez to, że na wielu trasach wciąż będą prowadzone uciążliwe remonty, które co gorsza będą się opóźniały. Tak jest np. na liniach Wrocław – Poznań czy Warszawa – Lublin, gdzie z placu robót zeszła włoska firma Astaldi. Ta ostatnia trasa jest całkowicie zamknięta dla ruchu. Wbrew wcześniejszym obietnicom kolejarzy pociągi nie wrócą tam w grudniu tego roku. Teraz spółka PKP Polskie Linie Kolejowe chce wprowadzić tam państwowego wykonawcę i liczy, że przejezdność uda się uzyskać w trzecim kwartale 2019 r. Tyle że pociągi nadal będą jeździć rzadziej i dłużej niż przed rozpoczęciem remontu, bo z Lublina do Dęblina dostępny ma być początkowo tylko jeden tor, a prace będą się ciągnąć się jeszcze przez wiele miesięcy.
Spółka PKP PLK zarzeka się natomiast, że w czerwcu przyszłego roku ulgę odczują pasażerowie jeżdżący na trasie Warszawa – Poznań. Wtedy pociągi wrócą na podstawową trasę przez Konin i podróż nie będzie już trwać tak długo jak teraz, czyli 3 godz. 30 minut – 4 godziny. Mirosław Skubiszyński z Centrum Zarządzania Ruchem w PKP PLK nie potrafił jednak powiedzieć na wczorajszej konferencji prasowej poświęconej nowemu rozkładowi jazdy, jak długo potrwa podróż.