Nie jest tajemnicą, że dziennikarze dostają mnóstwo zaproszeń od firm i instytucji, które na łamach prasy chcą się pochwalić swoimi dokonaniami bądź produktami. W redakcjach pism podróżniczych nigdy nikogo nie ma, bo wszyscy akurat robią sobie zdjęcia pod Tadż Mahal albo pływają z delfinami na australijskiej rafie koralowej.
Redaktorzy magazynów poświęconych budowie domów i wyposażeniu wnętrz w poniedziałek zwiedzają fabrykę styropianu, we wtorek testują nową gwoździarkę pneumatyczną, w środę mają zajęcia z robienia łabędzi z serwetek stołowych, a w czwartek poznają od środka grzejniki konwektorowe nowej generacji. A branża szeroko pojętego sprzętu elektronicznego? Tutaj się dopiero dzieje! Nie ma w zasadzie dnia, żeby gdzieś na świecie nie organizowano prezentacji nowego telefonu, tabletu, telewizora, aparatu, wzmacniacza, słuchawek, ładowarki, kolumn głośnikowych, kabla do kolumn głośnikowych albo końcówek kabla do kolumn głośnikowych. Te ostatnie mogą kosztować nawet 5 tys. zł, głośniki 500 tys. zł, a przewody po 3 tys. zł za metr. Serio, nie zmyślam. Odpalacie ten zestaw i jedynym, co słyszycie jest szelest banknotów i brzęk monet. To po prostu zapętlone w nieskończoność intro utworu „Money” Pink Floydów. Wierzyć mi się nie chce, że są na świecie ludzie, którzy dają się na to nabrać.
Ale wróćmy do zaproszeń i prezentacji. Ostatnio moi znajomi PR-owcy narzekają, że dziennikarzy coraz trudniej czymś zaskoczyć. Serwowali im już fikuśne dania wielkości łebka od szpilki przygotowane przez kucharzy odznaczonych trzema gwiazdkami Michelin, pozwolili łowić rekiny u wybrzeży RPA albo sprzeniewierzyć trochę firmowych dolarów w kasynach Las Vegas oraz zapewniali nocleg w najdroższych hotelach świata. Ale w pewnym momencie pomysły się skończyły. Czymś nowym, świeżym i niepowtarzalnym może już być wyłącznie wysłanie grupy redaktorów na Księżyc, aby tam mogli zapoznać się z nową lokówką do włosów.