Odkąd mam dostęp do Netflixa, w zasadzie już w ogóle nie oglądam tradycyjnej telewizji. I wygląda na to, że prędko się to nie zmieni, bo na początku roku serwis udostępnił wszystkie 10 sezonów serialu „Przyjaciele” – 236 odcinków i 90 godzin czystej przyjemności. Od trzech tygodni każdy mój wieczór wygląda tak samo: około 20.30 idę usypiać najmłodszego syna, co – ku zdumieniu mojej żony – nie zabiera mi 10 minut jak jeszcze niedawno, tylko jakieś półtorej godziny. A to dlatego, że oglądamy sobie z młodym „Frjendsuf”.
Uwielbiam ten sitcom i uważam, że od czasu rozpoczęcia jego produkcji (czyli od 23 lat) nikt nie zrobił lepszego scenariuszowo i zabawniejszego tasiemca. Sądząc jednak po komentarzach zamieszczonych na facebookowym profilu Netflixa, znajduję się w mniejszości. Widzowie, którzy w 1994 r. nie byli nawet jeszcze w planach swoich rodziców, dopiero teraz odkryli „Przyjaciół” i po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków serialu nie mogą pozbierać się psychicznie. Twierdzą, że – uwaga, uwaga! – jest on ksenofobiczny i rasistowski. Bo wszyscy bohaterowie są biali, a Chandler Bing w jednym z odcinków nie chce być postrzegany przez znajomych jako gej (bo nim nie jest). Żartuje sobie przy okazji z homoseksualizmu oraz z wielu innych bardzo poważnych rzeczy. To podłe, wstrętne, niegodne i niehumanitarne. Producenci, reżyserzy i scenarzyści tego parszywego dzieła powinni zostać postawieni przed Międzynarodowym Trybunałem Praw Człowieka, następnie skazani za zbrodnię przeciwko ludzkości, a na końcu rozstrzelani. Zaś sam serial należy wpisać na tę samą listę, na której znajduje się „Mein Kampf”.
Nasza poprawność polityczna przekroczyła poziom absurdu. Przestaliśmy odróżniać niewinne dowcipkowanie od ośmieszania. Niedozwolone są już żarty na żaden temat. Śmiać możemy się co najwyżej z polityków, ale to też pod warunkiem, że akurat nie są grubi, rudzi, łysi, nie pochodzą z Konga, Sosnowca albo nie mają odmiennej orientacji. Jeszcze dalej poszli Brytyjczycy – tamtejsze ministerstwo za nietolerancję uznało... posiadanie przyjaciół. Nie żartuję. Nauczyciele na Wyspach mają zniechęcać swoich wychowanków do zawierania przyjaźni, bo – cytuję – „innym uczniom może być przykro, że ich nie mają”. A wszystko to w imię budowania społeczeństwa opartego na równości i tolerancji. W takim razie muszę spalić swój dom, dzieci oddać na eksperymenty medyczne, a żonie kazać zmniejszyć piersi i skrócić nogi – żeby ci, którzy nie mają domów, dzieci i atrakcyjnych żon mogli poczuć się lepiej.