Gdańsk, Gdynia i Szczecin przeładowały więcej niż Petersburg, Kaliningrad i Ust-Ługa. Wyprzedziliśmy Rosję.
Sukces może zapisać na swoim koncie Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej w rządzie PiS, ale ożywieniu w polskich przeładunkach pomógł tzw. pakiet portowy Janusza Piechocińskiego, byłego wicepremiera w rządzie PO-PSL. Bo to z inicjatywy poprzedniego rządu doszło do postulowanego przez portowych operatorów uproszczenia procedur (m.in. odprawy celnej, kontroli weterynaryjnej itd.) oraz ułatwień w rozliczaniu VAT. To m.in. dlatego Trójmiasto jest dziś lepiej widoczne na portowej mapie Europy. Dzięki infrastrukturze i uproszczonym procedurom głębokowodny Gdańsk może być alternatywą dla innych przeciążonych portów (np. Hamburga), a coraz więcej dużych armatorów decyduje się wpływać tu w ramach tzw. pętli z Chin i Korei Południowej. W polskich portach opłaca się inwestować, czego dowodem są obecni tu operatorzy kontenerowi z Australii, Filipin, Chin i Niemiec.
Zarówno w Polsce, jak w Rosji ubiegły rok był czasem wzrostu przeładunków po regresie w 2015 r. Ten wynikał ze spadku koniunktury w Chinach i embarga nałożonego na Rosję. Zjawisko wystąpiło w większości terminali na Bałtyku. Na rosyjski handel podziałało w szczególności załamanie się rubla, które odbiło się na imporcie (przez porty Rosjanie głównie importują). Np. w Sankt Petersburgu, który odpowiada za lwią część przeładunków w rosyjskich portach bałtyckich, liczba kontenerów spadła wtedy o 27 proc. Dopiero w 2016 r. przeładunki się odbiły: w Petersburgu, ale też w Kaliningradzie. W Polsce głównie za sprawą Gdańska stało się to szybciej niż w Rosji, co częściowo tłumaczy zmianę w klasyfikacji.