Wójt wydający gazetę? Raczej nie. Prasa musi być obiektywna, a ta zarządzana przez polityków taka nie jest.
Monopol na pieniądze / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
– Jestem zdecydowanie przeciwny wydawaniu gazet przez gminy – mówi DGP wiceminister kultury Jarosław Sellin. I dodaje, że dostrzega potrzebę szybkiej nowelizacji ustawy – Prawo prasowe (t.j. Dz.U. z 1984 r. nr 5, poz. 24 ze zm.).

Reklama
To pokłosie wystąpienia rzecznika praw obywatelskich, który w maju wskazał, że wydawanie prasy przez władze samorządowe stanowi zagrożenie dla korzystania z wolności słowa, a także prawa dostępu obywateli do informacji publicznej. W efekcie Adam Bodnar zaapelował do ministra spraw wewnętrznych i administracji o podjęcie działań w celu zmiany praktyki stosowanej przez wiele samorządów.
Resort kierowany przez Mariusza Błaszczaka zastrzeżenia Bodnara podzielił, ale jednocześnie wskazał, że obecne przepisy nie wykluczają działalności wydawniczej przez jednostki samorządu terytorialnego. Stwierdzono też, że w sprawę powinno zostać zaangażowane Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które odgrywa główną rolę w ewentualnym procesie legislacyjnym. I wszystko wskazuje na to, że wkrótce ukróci poczynania samorządowych wydawców. – Nie może być tak, że wójt z jednej strony zarządza gminą, a z drugiej kreuje politykę miejscowych mediów, dbając o to, by były mu one przychylne – tłumaczy wiceminister Jarosław Sellin.
– To zaprzeczenie idei wolnej prasy, której naturalnym zadaniem jest patrzenie władzy na ręce – dopowiada sekretarz stanu.
Kontrola mediów
Co zmiana może oznaczać w praktyce dla samorządów? Bez wątpienia odpływ pieniędzy. Na wydawaniu prasy, choćby lokalnej, nadal można zarobić. Ale zdaniem ekspertów dla większości gmin kwestie finansowe są drugorzędne. Najczęściej w najlepszym razie zarobione pieniądze przeznaczane są na druk gazety i wynagrodzenie osób ją tworzących. Częściej celem działalności wydawniczej jest kreowanie odpowiedniego (czyli pozytywnego) wizerunku konkretnych osób, ewentualnie dyskredytacja politycznych przeciwników, co jest szczególnie widoczne w okresach przedwyborczych.
– Nie znam gminy, która podjęłaby działalność wydawniczą z chęci zarobku i uzupełnienia budżetu miejscowości. Zbyt wiele pracy dla wcale nie tak dużych zysków – mówi nam anonimowo samorządowiec z 30-tysięcznego miasta.
Jego zdaniem za trudem wydawania prasy kryje się jeden cel: kontrola nad dziennikarzami.
– Najlepiej jest przejąć kontrolę nad lokalnym rynkiem medialnym, a następnie zatrudnić dziennikarzy, którzy pracowali w niezależnych mediach. Wtedy zagwarantowany jest i dobry poziom merytoryczny gazety, i spokój, że prasa nie dotrze do żadnej afery – tłumaczy nasz rozmówca.
Profesor Ireneusz Kamiński, sędzia ad hoc Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, przyznaje, że obecnie występująca tendencja do wydawania gazet przez władze lokalne jest szalenie niepokojąca. – Oprócz aspektów stricte prawnych, proszę spojrzeć na praktyczne konsekwencje wydawania gazety przez władze samorządowe dla niezależnych mediów – wskazuje prof. Kamiński. I opowiada, że przecież w sytuacji, w której na niewielkim rynku będą funkcjonowały dwa tytuły, jeden krytyczny wobec władzy, a drugi jej sprzyjający, w znacznie lepszej sytuacji ekonomicznej będzie znajdował się ten drugi.
– Przedsiębiorca chcący zamieścić reklamę w prasie na ogół wybierze pismo zgodne z linią władzy, a nie jej się sprzeciwiające – argumentuje ekspert. Tym samym dobijane są pisma, które rzeczywiście mogłyby czuwać nad prawidłowością postępowania rządzących.
Pojawia się jednak wątpliwość, co w przypadkach, gdy w danym regionie nie ma żadnych niezależnych mediów. Wówczas władza, której na sercu leży potrzeba zapewnienia obywatelom informacji i rozrywki, może chcieć wydawać lokalną gazetę: nie po to, by komukolwiek zaszkodzić, lecz z dobrych pobudek.
– Takie przypadki są możliwe, niemniej jednak nie tworzyłbym wyjątku od potrzebnej reguły, że władze samorządowe nie powinny wydawać prasy – stwierdza prof. Kamiński. I dodaje, że przecież mowa jest o gazetach, a nie biuletynach informacyjnych. Nikt nie chce zabronić urzędnikom informowania mieszkańców o organizowanych festynach, godzinach pracy urzędu czy procedurach. Ponadto stworzenie zasady, że dopuszczalna jest działalność wydawnicza w tych gminach, w których nie ma niezależnych mediów, mogłoby szybko wzbudzić spory interpretacyjne. – Lepiej nie komplikować i przyjąć jasną regułę: władza samorządowa może wydawać biuletyny informacyjne, ale nie może wydawać prasy – wskazuje prof. Kamiński.
Wyboista ścieżka
Minister Jarosław Sellin deklaruje, że szybkie zmiany są niezbędne, ale zarazem przyznaje, że ich przeprowadzenie może wcale nie być tak proste, jak niektórzy przypuszczają. Przede wszystkim problematyczne może być ograniczenie działalności wydawniczej samorządów, tak by było ono kompleksowe i nie umożliwiało obchodzenia regulacji.
– W czasach rozwiniętych mediów społecznościowych i ogólnie internetu ustawa musi tę okoliczność uwzględniać. Tym samym nie wystarczy nowelizacja jednego dyskusyjnego przepisu, bo za chwilę pojawi się problem nieakceptowalnej działalności samorządów w sieci – wskazuje Sellin.
Inna rzecz, że wiceminister preferowałby uchwalenie możliwie najszybciej całkowicie nowego prawa prasowego. Tyle że resort woli, aby pierwotny projekt ustawy został stworzony w środowisku dziennikarskim, a nie politycznym.
Tym samym na znaczeniu zyskuje dyskusja o tym, czy przypadkiem już teraz wydawanie prasy przez samorządy nie jest zabronione. Wówczas wystarczyłaby reakcja ministra spraw wewnętrznych i administracji, który powinien zdyscyplinować lokalnych samorządowców. Taką koncepcję lansuje rzecznik praw obywatelskich. Jego zdaniem bowiem art. 8 ust. 1 prawa prasowego, który stanowi, że wydawcą może być osoba fizyczna, prawna lub ułomna osoba prawna, nie dotyczy jednostek samorządu terytorialnego. Powód? Brzmienie tego przepisu zostało ustalone w 1984 r., kiedy to samorząd terytorialny w ogóle nie istniał.