Zbliżające się wybory samorządowe będą najdroższymi w historii Polski. Za diety komisji wyborczych, druk kart do głosownia i obsługę zapłacimy nawet 290 mln zł. Jeżeli przyjmiemy, że frekwencja – podobnie jak 4 lata temu – wyniesie niecałe 50 proc., to koszt na jednego głosującego wyniesie prawie 20 zł. Jednocześnie jednak największe ugrupowania na ogólnopolską kampanię przeznaczą mniej niż zwykle (nieco ponad 16 mln zł), a ich kandydaci na lokalną – do 35 mln zł. Dla porównania w 2010 r. PO, PiS, SLD i PSL wydały 83 mln zł

Przeprowadzenie głosowania to nie tylko ogromny wysiłek organizacyjny i związane z tym wydatki. Dla niektórych to szansa na zrobienie wyniku finansowego. Drukarnie, sondażownie, agencje reklamowe mają żniwa.

Globalnie największymi beneficjentami tegorocznych wyborów są członkowie komisji wyborczych. Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego pokazały, że jest poważny problem ze skompletowaniem składów. Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) doszła do wniosku, że to przez zbyt niskie wynagrodzenia, dlatego tym razem obiecała podwyżkę – ze 165 zł do 380 zł dla przewodniczącego komisji obwodowej, ze 150 zł do 330 zł dla jego zastępcy oraz ze 135 zł do 300 zł dla każdego członka. To główny powód tego, że tegoroczne wybory będą najdroższe w historii (a ponaddwukrotnie droższe od tych sprzed czterech lat). Diety dla członków komisji mogą pochłonąć nawet 40 proc. z 290 mln zł stanowiących szacowany koszt tegorocznego głosowania.