W tym roku własną uchwałę zamierza przyjąć też Łódź, do swojej przymierza się także Kraków. W sprawie standardów gminy mają dowolność – do inwestycji prowadzonych na podstawie specustawy mieszkaniowej mogą stosować standardy ustawowe albo uchwalać własne. Dotyczą one tylko niektórych parametrów inwestycji, ale istotnych dla mieszkańców – np. odległości od przystanków komunikacyjnych, szkół czy przedszkoli, liczby kondygnacji w budynkach, odległości od terenów rekreacyjnych i sportowych, czy liczby miejsc parkingowych. Miejscowe zapisy są jednak ostrzejsze od ustawowych i to często o maksymalny dopuszczony ustawą poziom. Jak tłumaczą przedstawiciele miast, robią to po to, by zapobiec urbanistycznemu chaosowi oraz w trosce o wygodę przyszłych użytkowników osiedli. Jeżeli więc specustawa dopuszcza w gminach powyżej 100 tys. mieszkańców 14-kondygnacyjne budynki, to gminy bardzo uważnie przypatrują się, gdzie ewentualnie wyższe domy można wznieść. I w efekcie na większości swoich terenów wyznaczają wysokość minimalną, dopuszczoną ustawą, czyli 7 kondygnacji. Podobnie o prawie połowę zmniejszają dozwoloną odległość osiedla od szkoły czy przedszkola. Gminy bardzo dokładnie analizują też kwestię obowiązkowych miejsc parkingowych, która odgórnie w ustawie nie została określona. I – co ważne dla zwolenników ekologii – nie zapominają także o rowerzystach. A o tym, że standardy trzeba przyjmować szybko, przekonał się choćby Gdańsk. Do tamtejszego urzędu miasta wpłynęły już trzy wnioski deweloperów o ustalenie lokalizacji budynku mieszkalnego. Na razie żaden z nich nie został opublikowany, bo okazały się niekompletne. Ale złożenie prawidłowego to tylko kwestia czasu.
Nie wszystkie samorządy decydują się jednak na przyjęcie własnych standardów. Chociażby Sopot jest pewien, że przed chaosem obroni się dzięki obowiązującym na terenie prawie całego miasta planom zagospodarowania przestrzennego i tym, że znaczna część miasta znajduje się w strefie ochrony konserwatorskiej.