Kłopoty ze znalezieniem urzędników do obsługi wyborów samorządowych są tak poważne, że prawdopodobnie dojdzie do zmniejszenia ich ostatecznej liczby.
Urzędników trzeba powołać z początkiem maja. W sumie potrzeba ich ponad 4,5 tys., ale wygląda na to, że wynik ten jest nieosiągalny. Według naszych ustaleń wczoraj rano było tylko 3040 chętnych. A przez ostatni tydzień ich grono powiększyło się o zaledwie 123 osoby. Nie pomagają nawet prośby Krajowego Biura Wyborczego, by szefowie gmin szybko wskazali kandydatów (uzyskawszy wcześniej ich zgodę). Ani pomoc MSWiA, które do większej aktywności na tym polu miało zachęcać wojewodów.
Powód wakatów jest wciąż ten sam – przepisy mówią, że urzędnik wyborczy musi pracować w innej gminie niż ta, w której pracuje czy zamieszkuje. Nikt nie zwróci mu kosztów dojazdów, a dla samorządów nie jest jasne, czy powinien wziąć urlop w dotychczasowym miejscu pracy, zostać oddelegowanym czy zwyczajnie się zwolnić. W dodatku pensja takiemu urzędnikowi przysługuje nie przez cały rok, lecz od momentu zarządzenia właściwych wyborów do dnia rozstrzygnięcia protestów wyborczych.