Jak wynika z informacji DGP, partia Jarosława Kaczyńskiego rozważa zmianę terminu wyborów samorządowych. Koncepcja zakłada, by organizować je bliżej wiosny, a nie na jesieni - jak obecnie. Wariantów wdrożenia takiej zmiany jest co najmniej kilka.

Parlamentarzyści PiS z reguły milczą, gdy pytamy ich o szczegóły. W nieoficjalnych rozmowach przyznają jednak, że przesunięcie w kalendarzu wyborczym byłoby "korzystne”.

Reklama

Temat wypłynął m.in. na zamkniętym dla mediów spotkaniu Jarosława Kaczyńskiego z działaczami PiS w Poznaniu w połowie stycznia. Jeden z posłów przypomina sobie tamte wydarzenia. - Prezes przejęzyczył się, mówiąc o wiosennych wyborach w 2018 roku. Gdy zwrócono mu uwagę, że się chyba pomylił, zreflektował się, ale jednocześnie zwrócił uwagę, że są racje przemawiające za tego typu rozwiązaniem - opowiada nasz rozmówca. Pomysł chwycił i zyskał poparcie wśród lokalnych elit Prawa i Sprawiedliwości.

Reklama

Opcji dojścia do docelowo modelu jest kilka. PiS w regionach przyznaje, że wiosną spodziewa się wyższej frekwencji, co dla partii będzie korzystne. Pomysł wiosennych elekcji popiera nawet część samorządowców i opozycji parlamentarnej. Tego entuzjazmu nie podzielają już jednak politolodzy, z którymi rozmawialiśmy.

Planowana zmiana samorządowego kalendarza wyborczego byłaby powrotem do rozwiązań jeszcze z lat 90. Część włodarzy ocenia ją pozytywnie.

Jeden ze współtwórców polskiej samorządności prof. Hubert Izdebski zwraca uwagę, że terminy wyborów samorządowych były już niejednokrotnie przesuwane. Gdyby to od niego zależało, optowałby za wyborami w czerwcu. – Jeśli przyjąć np. termin kwietniowy, w wielu samorządach nie zdążyłyby się jeszcze skończyć sesje absolutoryjne. Czyli rozliczanie władz za poprzedni rok ich urzędowania – komentuje.
Jak wskazują nasi rozmówcy, listopadowy termin wyborów jest dość umowny. O ile np. elekcje w 2006 i 2014 r. miały miejsce w tym właśnie miesiącu (uwzględniając I i II turę), o tyle już np. wybory w 2010 r. II turą zahaczyły o grudzień.
Pierwsze wybory samorządowe odbyły się znacznie wcześniej, bo już w maju (w 1990 r.). Przesunięcie wyborów na terminy późnojesienne wynikało z szykowanej przez rząd Jerzego Buzka reformy wprowadzającej 12 samorządowych województw i powiaty. Prace nad nią rozpoczęto na przełomie 1997 i 1998 r. I zabrakło czasu na przygotowanie i wdrożenie zmian przed końcem kadencji rad gmin, która upływała w połowie 1998 r. Intencją wciąż jednak było to, by nowy system wszedł w życie z początkiem 1999 r. Zapadła więc decyzja, by wydłużyć kadencję rad gmin i przeprowadzić wspólne wybory do trzech szczebli samorządu jesienią 1998 r. Tak – z lekkimi przesunięciami w jedną lub drugą stronę – zostało do dziś.
Idea powrotu do daty wiosennej byłaby więc powrotem do pierwotnych rozwiązań. Już dziś przekonują się do niej niektórzy samorządowcy, nawet ci niezwiązani z partią Jarosława Kaczyńskiego. – To logiczne rozwiązanie – komentuje Eugeniusz Gołembiewski, burmistrz Kowala i wiceprezes zarządu Unii Miasteczek Polskich. Jak przypomina, organ wykonawczy gminy ma obowiązek przedstawić samorządowym radnym projekt przyszłorocznego budżetu do połowy listopada. A to rodzi komplikacje, gdy dochodzi np. do zmiany władzy w gminie. – Chcąc nie chcąc, w pierwszym roku kadencji nowa ekipa zmuszona jest przyjąć budżet po swoich poprzednikach – zwraca uwagę Gołembiewski.
Gdyby wybory przesunąć na wiosnę, byłoby kilka miesięcy na przygotowanie własnej propozycji dochodów i wydatków na kolejny rok oraz przyjęcie jej w połowie listopada.
Co na to przeciwnicy? – Przewidywalność kalendarza wyborczego stabilizuje funkcjonowanie państwa. Wszelkie zmiany powinny być solidnie uzasadnione. Jeśli motywacją są słupki sondażowe i chęć utrącenia obecnych władz, jest to psucie państwa, a nie realna dobra zmiana – uważa Marek Olszewski, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP.
Ale pomysł wiosennych wyborów lokalnych wydaje się interesujący nawet dla Platformy Obywatelskiej (PO).
– Z systemowego punktu widzenia nie byłoby to głupie. Pod warunkiem że nie wiązałoby się to z jakimkolwiek skracaniem kadencji lokalnych włodarzy – komentuje Jan Grabiec z PO.
– Organy władzy publicznej działają do momentu powołania nowych władz. Nie trzeba byłoby wprowadzać żadnych daleko idących zmian. Wystarczyłoby wpisać w kodeksie wyborczym, że kolejne wybory samorządowe rozpisujemy np. na wiosnę 2019 r. – dodaje.
Ważny jest również czynnik frekwencji. Wystarczy przypomnieć referendum odwoławcze w Warszawie w 2013 r., gdy broniąca Hanny Gronkiewicz-Waltz PO namawiała zwolenników prezydent stolicy, by zostali w domach i w ten sposób unieważnili plebiscyt.
– Frekwencja w wyborach samorządowych zazwyczaj jest niska. Dlatego każdy głos jest na wagę złota. Trudno jednak generalizować. W różnych województwach, a nawet powiatach, wyższa frekwencja odnosi różny skutek dla poszczególnych partii – wyjaśnia prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW.
Jak dodaje, na większości obszarów wiejskich oraz małych i średnich miast (m.in. woj. podkarpackie, lubelskie, świętokrzyskie, częściowo małopolskie) wyższa frekwencja może być korzystniejsza dla PiS. Jednak w dużych miastach ten dodatkowy wyborca niekoniecznie jest zwolennikiem akurat tej partii.

OPINIE

PiS chce likwidować układy w samorządach. Już dziś ma do tego narzędzia

Dr Kazimierz Bandarzewski, Katedra Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego

Proponowane zmiany ograniczające liczbę kadencji dałoby się pogodzić z wymogami konstytucyjnymi, o ile istniałaby bardzo ważna okoliczność, która by je uzasadniała. Zgodnie z zasadą równości każdy powinien mieć zapewniony dostęp do pełnienia różnorodnych funkcji w życiu publicznym, zwłaszcza tych pochodzących z wyborów powszechnych.
Słyszymy, że powodem ma być przeciwdziałanie istniejącym układom, które mają sprzyjać nieprawidłowościom. Ale obecne prawo daje organom nadzorczym narzędzia do przeciwdziałania takim zjawiskom, łącznie z możliwością odwołania wójta czy prezydenta. Wystarczy je stosować. Nie tak dawno w jednej z gmin w Zachodniopomorskiem wójt zadłużył gminę na kwotę stanowiącą czterokrotność jej majątku. Ten proces trwał latami, gdzie były organy nadzorcze: wojewoda czy regionalna izba obrachunkowa? Potrzebne są działania nadzorcze, a nie ograniczenie możliwości sprawowania funkcji do 8 lat. W ciągu roku wójt jest w stanie zawrzeć tyle niekorzystnych umów, że zadłuży gminę po uszy.
Nie wiadomo też, z czego ma wynikać ograniczenie liczby kadencji do dwóch, a nie np. jednej czy trzech. I dlaczego limit ma dotyczyć tylko wójtów, a nie radnych, którzy podejmują ważniejsze decyzje. Dlaczego nie sięgamy na poziom samorządu wojewódzkiego czy parlamentarzystów, którzy decydują o jeszcze ważniejszych sprawach niż ta, którą drogę należy załatać jako pierwszą.
Nawet gdyby ustawodawca był w stanie w racjonalny sposób uargumentować, że takie ograniczenie ma sens, to i tak zakaz nie powinien dotyczyć osób, które w momencie wejścia w życie przepisów pełnią już drugą kadencję.
Propozycja zmiany ordynacji jest nie tylko wyrazem niezrozumienia idei samorządu. Jak widać, w 2017 r. można władzę lokalną pojmować jak przed 1990 r. Wówczas też teoretycznie mieliśmy samorząd, ale wytyczne, polecenia i okólniki z władz centralnych musiały być realizowane przez naczelników gmin. Być może w świadomości niektórych ludzi nadal pokutuje myślenie, że jak się wszyscy nie sprzężą w jednym rydwanie, to celów się nie osiągnie.

Dwukadencyjność kłóci się z biernym prawem wyborczym

prof. Jarosław Szymanek, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego

Konstytucyjna regulacja zasad prawa wyborczego na poziomie wyborów samorządowych jest lakoniczna. Oznacza to, że całość materii prawa wyborczego w samorządach przekazano swobodnemu uznaniu ustawodawcy. W efekcie wójt, burmistrz czy prezydent miasta może być np. wybierany w wyborach bezpośrednich, jak i pośrednich i każde z tych rozwiązań będzie zgodne z konstytucją. Inaczej jest już z zasadą kadencyjności, która wchodzi w kolizję z innymi zasadami i wartościami konstytucyjnymi, dotyczącymi np. swobody kandydowania (prawo uczestnictwa w życiu publicznym). Prawo do kandydowania (bierne prawo wyborcze) jest bowiem jednym z praw jednostki, co oznacza, że podstawy do jego ograniczenia winny mieć zawsze postać konstytucyjną. Takich podstaw, w odniesieniu do wyborów samorządowych, Konstytucja RP nie ustanawia, a jeśli to czyni (jak w przypadku prezydenta RP), czyni to wprost. W przypadku wyborów samorządowych, w odniesieniu do wyboru organów wykonawczych, istnieje co prawda olbrzymi zakres swobody ustawodawcy, ale kwestią otwartą jest, czy ograniczenie kadencyjności byłoby, mimo wszystko, dopuszczalne. Stoją tu sprzeczne ze sobą wartości i argumenty. Za ograniczeniem kadencyjności przemawia m.in. praktyka pokazująca niejednokrotnie patologie w samorządzie terytorialnym i czynienie z niego swoistego kondominium prywatnych osób czy koterii. Przeciwko takiemu ograniczeniu, tym bardziej działającemu ze skutkiem retroakcyjnym, przemawiają ogólne wartości konstytucyjne, jak np. demokratyczne państwo prawne. A w jego ramach demokratyczne, wolne wybory. Ustawodawca musi wobec tego, tworząc odpowiednie przepisy, ważyć owe wartości, i dokonać takiego wyboru, który będzie pozostawał najbliżej konstytucji. Wątpliwości budzi to, czy ustawodawca może ustanowić prawo z mocą wsteczną, mówiące o tym, że samorządowi włodarze, którzy co najmniej dwie kadencje zajmowali stanowiska wójta czy burmistrza, mają mieć zakaz kandydowania w kolejnych wyborach. Ewentualna zasada dwukadencyjności powinna obowiązywać, ale dopiero od kolejnych wyborów samorządowych.