Rząd zadbał o wentyle bezpieczeństwa, które pozwolą chronić interesy pracodawców delegujących za granicę - mówi w wywiadzie dla DGP Marcin Kiełbasa, prawnik, Inicjatywa Mobilności Pracy.
Reklama
Jakie konsekwencje dla polskich firm przyniesie ustawa o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług, która ma wejść w życie w sobotę?
Implementuje ona do polskiego prawa dyrektywę wdrożeniową o delegowaniu pracowników. Początkowe projekty tej ustawy proponowane przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie napawały optymizmem. Zwłaszcza zapisy dotyczące egzekucji kar nakładanych przez zagraniczne organy za łamanie przepisów na polskich pracodawców, którzy wysyłają do pracy za granicę. Obawialiśmy się automatyzmu ściągania sankcji – według początkowej wersji projektu ustawy Izba Skarbowa w Poznaniu miała na wniosek zagranicznej instytucji po prostu egzekwować karę. Działałaby niejako jak komornik. To wywołało nasz sprzeciw i do naszych postulatów przychyliło się ministerstwo. W efekcie zagraniczne organy będą mogły zwrócić się do Państwowej Inspekcji Pracy o ściągnięcie kary, ale ta zrealizuje wniosek dopiero po jego zweryfikowaniu. Jeżeli nie spełni on wskazanych w ustawie wymogów, to inspekcja go zwróci. Będzie też mogła zawiesić postępowanie do czasu wyjaśnienia sprawy, jeżeli pracodawca odwoła się od decyzji zagranicznego organu. To zdecydowanie korzystniejsze rozwiązania niż te, które proponowano na początku, w których polski organ został sprowadzony de facto do roli notariusza zagranicznej instytucji. Ponadto przyjęta ustawa przewiduje, że PIP, po otrzymaniu informacji od organu zagranicznego o złożeniu do tego organu przez polskiego przedsiębiorcę delegującego pracowników odwołania dotyczącego np. kary pieniężnej – będzie zobowiązana wstrzymać czynności związane z wnioskiem o egzekucję. Myślę, że w interesie przedsiębiorców będzie również samodzielne poinformowanie PIP o złożeniu odwołania za granicą, tak aby dotarło ono do inspekcji jak najszybciej.
A wady tej ustawy?
Uważam, że pracodawcy powinni mieć więcej czasu na udzielenie informacji inspekcji, która wystąpi o dane w imieniu zagranicznej instytucji. Na ich zebranie będą mieli tylko 7 dni roboczych (podczas gdy np. ZUS ma 10 dni). Tymczasem PIP na ich zgromadzenie będzie miała 25 dni roboczych. Przedsiębiorcy powinni mieć więcej czasu, zwłaszcza z uwagi na to, że za nieprzesłanie wiadomości będą im również groziły sankcje.
Mimo wszystko nie boją się już państwo, że nowe przepisy wywołają lawinę sankcji nakładanych na polskich przedsiębiorców w tych krajach, które chcą ograniczyć delegowanie do nich pracowników?
Teraz nie mamy takich dużych obaw. Szczególnie że w ustawie są zawarte swoiste wentyle bezpieczeństwa, które pozwolą lepiej chronić interesy polskich pracodawców. Na przykład jeden z przepisów wskazuje, że PIP będzie mogła zwrócić wniosek o ściągnięcie kary zagranicznemu organowi, jeżeli decyzja w sprawie jej nałożenia jest sprzeczna z podstawowymi zasadami porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej.
Czyli w praktyce kiedy?
Na przykład gdy uzna, że kara jest rażąco nieproporcjonalna do przewinienia. A takie sankcje na polskie firmy były nakładane przez francuskie organy, np. gdy odpoczywający polski kierowca przepakował pojazd na prośbę żandarma, zarzucono mu, że naruszył normy przewidujące określony czas odpoczynku. Członkowie naszego stowarzyszenia sygnalizowali nam również kłopoty z francuskimi organami w przypadku różnicy w opłacanym podatku sięgającej poniżej jednego eurocenta!
Tylko czy PIP będzie chciała korzystać ze swoich uprawnień?
Zobaczymy w praktyce, jak często ten przepis będzie wykorzystywany. Skoro jednak ustawa daje taką możliwość, to PIP będzie mogła ją wykorzystywać w każdym przypadku, kiedy uzna, że kara jest sprzeczna z polskimi przepisami.
A jeśli zagraniczny organ nie zgodzi się z decyzją PIP, to wtedy kto będzie rozstrzygał tego typu spory?
Są dwie możliwości. Albo trafią one ostatecznie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, a już sam fakt, że Komisja Europejska zarzuca któremuś z krajów łamanie zasad wynikających z dyrektywy i grozi mu dotkliwymi karami, może spowodować, że zmienione zostanie prawo w danym kraju (a wcześniej praktyka administracyjna). Jest jeszcze jedna możliwość – droga polityczna, czyli na gruncie wypracowania kompromisu między odpowiednimi organami w Brukseli.
Jak inne kraje poradziły sobie z implementacją tej dyrektywy – czas na jej przyjęcie mija bowiem 18 czerwca?
Jesteśmy w fazie monitorowania, jakie przepisy zostały ostatecznie przyjęte. Przede wszystkim interesują nas ustawy w tych krajach, do których delegujemy najwięcej pracowników, czyli państwa Beneluksu, Francja, Niemcy. Jeżeli chodzi o ten ostatni kraj, to już wcześniej przyjął część przepisów wynikających z dyrektywy wdrożeniowej. W Holandii odpowiednia propozycja została już złożona, podobnie jak w Danii, gdzie doszło już nawet do wysłuchań parlamentarnych. Natomiast niepokoją nas francuskie regulacje, które będą obowiązywały od 1 lipca 2016 r. Przede wszystkim wpływają one na branżę transportową. Przykładowo będzie wówczas obowiązywał wymóg, aby kierowcy posiadali ze sobą zestaw dokumentów obejmujący informację o wynagrodzeniach czy odpowiednie zaświadczenie o oddelegowaniu do Francji. To duże utrudnienie administracyjne i finansowe (np. koszty tłumaczeń, koszty dokonania interpretacji prawnych przez prawników francuskich etc.) mogące sięgnąć nawet tysięcy euro na jednego kierowcę. To tylko jedna z regulacji, która może odbić się negatywnie na tym sektorze. Stracą nie tylko polskie firmy transportowe, lecz także lokalne przedsiębiorstwa, które chętnie korzystają z usług pracowników delegowanych. Jedną z przyczyn jest to, że zachodnioeuropejscy pracownicy nie chcą wybierać tras, które wiążą się z dalekimi podróżami.
Czy już wiadomo, jaką decyzję podejmie Komisja Europejska w związku z żółtą kartką dla projektu zmian w dyrektywie o delegowaniu pracowników, który przewiduje wprowadzenie zasady równiej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu?
Na razie nie ma jeszcze w tej sprawie oficjalnego stanowiska. Z jednej strony to może dobrze wróżyć. Otóż w innym przypadku wystawienia żółtej kartki, gdy Komisja nie zgodziła się z zastrzeżeniami państw, to już w ciągu trzech tygodni zadecydowała, że projekt będzie dalej procedowany. Teraz minął już miesiąc i KE nadal nie podjęła żadnej decyzji. Jednak temat cały czas jest poruszany w Brukseli. Wiemy też, że wiele podmiotów postuluje wysyłanie do pism do Komisji Europejskiej z prośbą, aby przyjrzała się dokładnie opiniom przedstawionym przez państwa członkowskie w ramach procedury żółtej kartki oraz wycofała bądź znacząco zmieniła propozycję rewizji dyrektywy podstawowej. Najpierw bowiem potrzebna jest rewizja obecnie prowadzanych zmian w przepisach o delegowaniu, a potem KE powinna się zastanowić nad przyjęciem nowych regulacji.