Napiwek miał wynagradzać za nadzwyczaj dobrze wykonaną pracę lub usługę. Dziś dla wielu z nas stał się podstawą pensji.Jak wyręczamy pracodawcę, czyli czemu napiwek stał się podstawą pensji
Parę złotych, zaokrąglenie sumy. Napiwek. Gest wobec osoby, która dobrze nas obsłużyła. Mocno zakorzeniony w kulturze codzienności. Coraz częściej te drobne występują w roli funduszu motywacyjnego pracodawcy. Albo wręcz składają się na znaczący dodatek, ba – zasadniczą część wynagrodzenia. Firma nie płaci ludziom, bo klient zapłaci. Fryzjer, listonosz, krupier, kelner, taksówkarz, kosmetyczka, dostawca pizzy... Lista jest długa.
Reklama
Ale to tylko część problemu. Równie ważne jest to, że te wszystkie monety, rzadziej banknoty, zliczają się w górę pieniędzy płaconych poza systemem. Bez podatku, bez oskładkowania na ZUS. A gra idzie o poważną kwotę: 2 mld zł – wynika z danych GUS za 2013 r. Bieda z nędzą, rozpacz z bidą. I – jak to określił jeden z moich rozmówców – pukanie (nie tylko w czoło) całego społeczeństwa.

Reklama
Laboratoryjnym przykładem tego, w jaki sposób system napiwków funkcjonuje (jak nie działa), są kasyna. Sprawa jest o tyle ciekawa, że właśnie trwają spory prawnicze między zarówno pracownikami a pracodawcami, jak i firmami a państwem. Casinos Poland o odprowadzanie zaliczek z tytułu podatku dochodowego od napiwków sądzi się z urzędem skarbowym, sprawa wylądowała w NSA. Olympic Casino jest na wojennej ścieżce z ZUS – firma wprawdzie odprowadza zaliczki na podatek dochodowy, za to składki na ubezpieczenie zdrowotne ani społeczne z tego tytułu nie ma zamiaru płacić. Ale oddajmy głos samym zainteresowanym.

Dniówka, czyli nocka krupiera

Sala bez okien, by goście nie czuli upływającego czasu. Smród tytoniu, podniesione głosy. Stół do ruletki, w puli jest 10 tys. zł. Atmosfera gęstnieje. Koło się toczy. Już. Koniec. Wygrani wrzeszczą, przegrani zaciskają zęby. Albo krzyczą. Niektórzy rzucają się do bicia. Parę zadowolonych z wieczoru osób ma gest – wrzuca żetony do puszek na tipy umocowanych przy stole. Jeden żeton wart złotego, inny sto złotych. Gracze mówią: to dla pana krupiera, dziękuję za grę.
Za chwilę następna gra, życie kasynowe toczy się dalej. Tak mijają godziny. I dni. Dla krupiera Casinos Poland dniówka to 8 godzin, w innych jest system 10-godzinny. Goście pracują jeszcze ciężej. Doba spędzona nad stołem to norma, ale zdarzają się też tacy, którzy grają przez 36 godzin. Albo 42. Wygrywają, przegrywają. Pocą się, upijają i trzeźwieją. Spłukani szansikują (wyłudzają żetony od innych), zdarzają się też grzybiarze (zbierający zgubione żetony z podłogi). – Ale jak ktoś wygrał 20 tys. zł, a grał żetonami po 100 zł, to nie żal mu wrzucić kilku krążków do puszki na napiwki – tłumaczy pracownik z długoletnim stażem jednego ze stołecznych kasyn należących do Casinos Poland. To firma z renomą. Jej pracownicy należą do najlepiej wyszkolonych w Europie. Jeśli zechcą wyjechać za pracą za granicę, są przyjmowani na wszystkich kontynentach z otwartymi rękami.
– Stół z jednego dnia daje od 5 do 30 tys. zł napiwków – opowiada mężczyzna (stołów jest 21). Kupa kasy, tak by się przynajmniej wydawało. Ale rzecz w tym, że do ludzi, którzy te napiwki dostają, trafia tylko niewielki ułamek tej sumy. W porywach ok. 3,5 tys. na osobę miesięcznie.

Departamenty się dzielą kasą

Moje zainteresowanie napiwkami (temat wydawałoby się ograny) zaczęło się od e-maila, którego dostałam z centrali OPZZ. Było w nim o tym, że pracownicy kasyn są okradani z pieniędzy, że firmy ich zatrudniające zabierają im pieniądze, że zgadzają się na mobbingowanie swoich pracowników przez gości, że w dodatku omijają przepisy prawa. Dziwna sprawa, pomyślałam, bo nie dotyczy prostych robotników, ale zawodu uważanego za świetnie wynagradzany.
By zrozumieć, jak wszystko działa, poznajmy organizację kasyna. Zhierarchizowaną, z zarządem na czele, w poszczególnych placówkach dzielącą się na departamenty. Z których każdy ma swojego kierownika, załogę oraz, koniecznie, puszkę na napiwki. Kiedy się wchodzi do kasyna, pierwszymi osobami, na które się natkniemy, będą pracownicy recepcji. Przywitają gościa, spiszą jego dane, czasem pożyczą ręcznik, jeśli przyszedł prosto z roboty, by się umył w toalecie, czasem przechowają jego strój na przebranie. Jak chce, może im wrzucić do puszki parę złotych. Następną grupą pracowników, z którymi spotka się gość kasyna, będą technicy i tzw. slot attendanci. Ci pierwsi wykonują drobne naprawy, drudzy opiekują się automatami do gier (jednorękimi bandytami) i ich graczami. Oni także mają swoje puszki. Są jeszcze kasjerzy, którzy wymieniają graczom gotówkę na żetony (żeby mogli wziąć udział w grze) i żetony na gotówkę – to tym szczęśliwcom, którym coś jeszcze zostanie, albo ulubieńcom bogów, którzy wyjdą bogatsi. I ostatnia grupa: krupierzy i inspektorzy. Ci, z którymi mają najwięcej do czynienia goście. Oni rzucają kulką na stole ruletkowym, rozdają karty na tym z pokerem czy black jackiem, przyjmują zakłady, dzielą pieniądze. To oni zbierają joby, jakimi rzucają przegrani, im dziękują wygrani. I oni zbierają najwięcej napiwków.
– U nas funkcjonuje to tak, że pieniądze z napiwków są zbierane przez pracodawcę do jednej puli i zamykane w firmowej kasie – opowiada jedna z pracownic Casinos Poland. I dzielone między wszystkich pracowników. Także sekretarki i sprzątaczki. I menedżerów. Do każdego stanowiska przypisane są punkty napiwkowe, np. kasjer może dostać 14 punktów napiwkowych do wynagrodzenia, barmanka 10, inspektor także 14, a krupier do 10. Kierownik 15. – Krupierzy zarabiają u nas po 1600 zł, bez względu na staż. Haczykiem są te napiwki, z których w dobrych miesiącach – według punktowego systemu – jest nawet do 3,5 tys. zł – opowiada inny pracownik tej firmy.
Pracownicy zrzeszeni w OPZZ weszli w spór zbiorowy z pracodawcą. Reprezentują innych wkurzonych, ale mniej odważnych. Co im się nie podoba? Że pracodawca, który zabiera pieniądze przeznaczone dla nich, nie poczuwa się do tego, aby od tych kwot odprowadzać zaliczkę na podatek dochodowy. I to mimo niekorzystnych dla siebie wyroków sądów i interpretacji urzędów skarbowych. Dlaczego? Zapytałam o to firmę. Dariusz Bernat, członek zarządu, do którego polecono mi się zwrócić, nie odpowiedział na e-maila.

Emerytura na śmietniku

Kolejnym punktem zapalnym są składki na ZUS. – Jest różnica, czy są odprowadzane od 1600 zł, czy od ponad 4 tys. zł – zauważa krupierka ze sporym stażem. Ostatnio ZUS jej wyliczył emeryturę na poziomie 800 zł. Pracuje w placówce Olympic Casino Poland. Jej firma jest o tyle uczciwa, że – przy podobnym systemie punktowym przydzielania pieniędzy z napiwków pracownikom różnych departamentów – odprowadza w ich imieniu zaliczkę na podatek dochodowy. Lecz składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne nie. Kiedy więc któryś z pracowników zachoruje, dostaje z ZUS nędzne grosze. A firma działki z napiwków mu wtedy nie płaci. Wyjątkiem jest urlop wypoczynkowy, wtedy dostają przypadającą z punktów dolę. – Inaczej nikt by na urlop nie chodził i kasyno płaciłoby kary, więc to nie wielkoduszność, tylko dobrze skalkulowany interes – kwituje, nieco złośliwie.
Inna sprawa, że kasyna są niejako postawione pod ścianą. Słynna ustawa hazardowa reguluje w jakiejś części kwestię napiwkową, ale w taki sposób, że trudno się jest dostosować wprost. Stoi w niej, że napiwki mają być wrzucane do tzw. tip boxów, pod koniec dnia wyjmowane, komisyjnie liczone, następnie przekazywane osobom, które je dostały. – Te pudełka na napiwki w naszym kasynie są umocowane na stołach do gry. Ale skąd mamy wiedzieć, który krupier ile dostał? Przecież by się zaczęło piekło, ludzie skakaliby sobie do oczu o każdą złotówkę – opowiada pracownica jednego z kasyn Olympic. Dlatego w jej firmie także zdecydowano się na system zbierania pieniędzy do jednej puli i rozdzielania pracownikom według przypisanych punktów. Inną strategię mają ZPR-y, także będące właścicielem kasyn. Tam każdy pracownik nosi ze sobą własny tip box. – Jak bernardyn beczułkę z alkoholem – ironizuje krupierka. Jednak Tomasz Szakiel, prezes ZPR, prostuje ze śmiechem. – Nie puszki, tylko pudełka, każdy ma swoje – wyjaśnia. Pod koniec dnia pieniądze z nich są zliczane komisyjnie, bo kasyno ma obowiązek prowadzenia ewidencji napiwków. Ale każdy z pracowników dostaje całość kwoty, którą uzbierał. I to on jest odpowiedzialny za to, żeby osobiście odprowadzać przypisane prawem daniny – do skarbówki i ZUS. – Na koniec roku wystawiamy pracownikom PIT-8C, żeby mieli jasność, ile są winni. I żądamy potem udokumentowania, czy zapłacili należny podatek. Od tego uzależniamy przekazywanie napiwków w następnym roku – tłumaczy Szakiel.
Taki sposób myślenia jest zbieżny ze stanowiskiem Ministerstwa Finansów. W odpowiedzi na mój e-mail biuro prasowe resortu informuje, że w istniejącym stanie prawnym napiwki dla otrzymującej je osoby fizycznej stanowią przychód podlegający opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Pozostaje kwestia ustalenia źródła powstania tego przychodu. Jeżeli osoba fizyczna otrzymuje napiwki bezpośrednio od klienta, są one dla tego podatnika przychodem z innych źródeł, o którym mowa w art. 10 ust. 1 pkt 9 w związku z art. 20 ust. 1 ustawy o PIT. W konsekwencji podatnik osiągający przychody z tego tytułu jest obowiązany wykazać ich wartość w składanym do 30 kwietnia następnego roku zeznaniu podatkowym i od sumy dochodów obliczyć należny podatek według obowiązującej skali podatkowej. Natomiast w sytuacji gdy napiwki są dopisywane do rachunków lub wpłacane do wspólnej puli, którą następnie pracodawca dzieli na poszczególnych pracowników, są one wówczas dla otrzymujących je osób przychodem ze stosunku pracy (art. 12 ust. 1 ustawy), od którego płatnik ma obowiązek poboru zaliczek na podatek według zasad określonych w art. 32, 38 i 39 tej ustawy.
Casinos Poland przegrało już swój spór w dwóch instancjach sądowych, teraz krupierzy czekają, co orzeknie NSA.
Jeśli chodzi o składki na ZUS, zakład odpowiada, że jeśli organy podatkowe uznały, iż w danej firmie napiwki są przychodem ze stosunku pracy, to pracodawca jest zobowiązany odprowadzać od nich także składki na ubezpieczenie. I zapowiada, że będzie podejmował „odpowiednie działania określone w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych”, żeby je ściągnąć.

Kelnerka może się zeszmacić

Choć kasyna są szczególnym przykładem, choćby z powodu ustawowego nakazu ewidencjonowania napiwków, to problem jest o wiele szerszy. Weźmy choćby branżę gastronomiczno-rozrywkową. Wprawdzie część lokali – tych z wyższej półki – ma wliczoną do rachunku obsługę (zwykle 10 proc. od wysokości rachunku), więc rozlicza się z państwowymi instytucjami, ale to wyjątki. Znakomita większość traktuje napiwki jako uzupełnienie lichych pensji.
Podobnie jak w kasynach: jedni pozwalają załodze zabierać to, co gość daje, inni zabierają jej tipy i sami dzielą, według uważania, traktując pieniądze zostawiane przez gości jako własny fundusz motywacyjny. Ale zdarzają się sytuacje, jak w jednym z warszawskich klubów nocnych dla mężczyzn – drogim i ekskluzywnym, gdzie najtańszy szampan kosztuje 960 zł. Tam także napiwki są ewidencjonowane, potrącany jest od nich i ZUS, i podatek, ale kelnerki zarabiają tylko to, co zdołają zebrać od gości, i procent od tego, co sprzedadzą. Minus państwowe daniny. – Ładny klient, bo tak nazywamy tych szastających pieniędzmi, potrafi zostawić za wieczór nawet 30 tys. zł. Kupuje drinki po 400 zł dla dziewczyn, najdroższe szampany, róże dla tancerek. Ale ja jak zarobię z napiwków 800 zł miesięcznie, jestem zadowolona – opowiada jedna z kelnerek. I tłumaczy, że jak klient kupi tancerce różę (sztuczną, która potem wraca do firmy, by znów zostać sprzedana) za 120 zł, to dziewczyna dostaje z tego 40 zł (minus podatek etc.). A jeśli kelnerka dostanie napiwek poniżej 15 zł, trafia on na konto pracowników baru, jeśli więcej – jest jej (minus podatek i ZUS). – Ale przynajmniej mam świadomość, że nie przejadam wszystkich zarobionych pieniędzy, że kiedyś tam moja emerytura będzie wyższa choć o parę złotych – mówi dziewczyna. I dodaje, że świadomość wśród jej koleżanek i kolegów jest coraz wyższa, choć żadne z nich nie skończyło 30 lat, pewnie dlatego że pracują na, jak to się mówi, śmieciowych posadach i przyszłość jawi im się w niewesołych barwach. – Ja tam wolę, żeby od razu zabierali mi to, co trzeba, bo czego oczy nie widzą, sercu nie żal. A kiedyś może mi się to przydać – deklaruje inna.
Sami restauratorzy unikają wypowiedzi. Na przykład Magda Gessler (głośny był jej spór z Maciejem Nowakiem na ten temat; jest przeciwna dawaniu napiwków, krytyk kulinarny kazał jej nie pier...ić, bo to jedyna możliwość dorobienia ludzi do marnej pensji) odsyła mnie do Bartka Weimana, swojego pracownika PR, a ten, mimo obietnic, nie odpowiada. Rzecz zaczęła się od opisanego w mediach eksperymentu amerykańskiego restauratora Jaya Portera, który prowadząc dwa lokale gastronomiczne, w jednym pozwalał brać obsłudze napiwki od gości, a w drugim wprowadził metodę polegającą na wliczaniu serwisu do rachunku. I stwierdził, że ten drugi sposób lepiej działa: załoga, zamiast podlizywać się lepiej rokującym gościom, a lekceważyć tych mniej obiecujących, zamiast kłócić się między sobą, kto kogo obsłuży, koncentruje się na pracy, przez co klienci są bardziej zadowoleni. Pracodawca ma narzędzie, aby motywować lepszych kelnerów, a lokal zyskuje większą renomę. – Sranie w banie – podsumowuje kelner z katowickiej restauracji. – Gdyby nam właściciele przyzwoicie płacili, każdy gość byłby obsługiwany tak samo. Ale jeśli wiem, że byt mojej rodziny zależy od napiwków, to inaczej będę traktował emeryta, który przyszedł na kawę i zabierze 50 groszy reszty, a inaczej rozbawionego pana w delegacji, który ma ochotę zaszaleć, bo wyrwał się z domu – wykłada.
Według pracowników gastronomii najlepiej rokujący są właśnie tacy mężczyźni bez zobowiązań po alkoholu lub ci, którzy przyprowadzili świeżo wyrwaną panienkę na kolację. Gest miewają także ludzie z półświatka, bo szastanie szmalem stanowi uzupełnienie wizerunku, na jaki pracują. Dla odmiany rodziny z dziećmi na niedzielnym obiedzie będą liczyły każdą złotówkę. Młody mężczyzna, który barmanuje w jednym ze stołecznych klubów nocnych, nie ukrywa: tak, szybciej i lepiej obsługuje tych, po których się spodziewa napiwku. Ale to nie znaczy, że lekceważy innych, bo mógłby stracić robotę. A na to nie może sobie pozwolić. Choć zdarza się, że gość nierokujący potrafi zaskoczyć. Ostatnio dostał sto złotych od starszej pani, która w samotności jadła obiad. Powiedziała: Dzieciaku, pewnie potrzebujesz tych pieniędzy bardziej niż ja. Jej rachunek wyniósł 50 zł. – Z napiwków mam przynajmniej drugie tyle co z oficjalnego wynagrodzenia – mówi kelner. Ile? Przynajmniej 2 tys. zł miesięcznie – przyznaje, choć niechętnie.
Pewnie ze skromności nie doszacował. On wszystko, co dostanie, bierze do kieszeni i nie płaci fiskusowi ani grosza. Na ZUS też nic nie oddaje z tych lewych pieniędzy. – System emerytalny się zawali, zanim ja dostanę prawa do emerytury – kpi.
Żal mu pracowników sieciówek typu Coffee Heaven czy Green Caffe, gdzie ewentualne tipy mają być wrzucane do puszki na barze. Pracował w Green i wie, że ludzie niechętnie dają napiwki w ten sposób. – Wszędzie jest pełno skarbonek czekających na ludzką dobroć – wyłuszcza. Tu daj barmanowi, tam na chore dziecko, gdzie indziej na schroniska dla zwierząt. Nic nie zastąpi kontaktu gość – obsługa, pewnej intymnej relacji, gry: ja ci zrobię dobrze, ty mi się zrewanżujesz – kwituje. Jest wściekły, bo wolałby zarabiać godziwie, nie szukając sposobów na klienta. – Jak się zatrudniałem, usłyszałem, że płaca jest niska, ale odbiję sobie na napiwkach. Mój pracodawca nawet nie pozwala mi się najeść w pracy, choć mnóstwo żarcia idzie na śmietnik – dopowiada.
W tym luksusowym nocnym barze, o którym pisałam wyżej, jako kelnerki pracują wyłącznie młode, piękne dziewczyny. Śliczne i młodziutkie są także tancerki. Gość rości sobie prawa, żeby ich dotykać. – W pewnym stopniu trzeba się zeszmacić, jeśli się chce dostać napiwek, choć kelnerka może się obronić ostrym językiem, tancerka już nie za bardzo. Wprawdzie seksu nie ma, ale trzeba się pogodzić, że pewne granice intymności zostają pogwałcone – przyznaje dziewczyna.

Listonosz nie ma wyjścia

Czy Polacy chętnie dają napiwki? W jakiej wysokości? Brak wiarygodnych badań w tej dziedzinie. Jeśli wierzyć sondzie przeprowadzonej wśród moich znajomych na Facebooku (80 komentarzy), dają oni napiwki w wysokości 10–15 proc. od wysokości rachunku. Jeśli są zadowoleni z obsługi. Do szału doprowadza ich doliczanie serwisu, wolą sami decydować, czy kelnerowi albo fryzjerowi się należy, czy nie. Jeśli wierzyć tekstom i sondom zamieszczanym na różnych portalach branżowych, chętniej dają napiwki ludzie w średnim wieku, o ustabilizowanej sytuacji materialnej. Jeśli zaś zaufać relacjom samych zainteresowanych, czyli napiwkobiorców, najciężej się doją najmłodsi dorośli, choć są najbardziej roszczeniowi. – Może dlatego, że sami nie mają kasy i każdy wydatek jest dla nich poważnym uszczerbkiem w budżecie – ocenia Damian, dostawca pizzy w jednej z sieciówek w stolicy. Opowiada, że im klient starszy, tym pewniej można liczyć na napiwek.
Jego tezę potwierdza listonoszka z Legionowa. – Kiedy roznoszę renty i emerytury starszym ludziom, zawsze dają mi końcówkę. Witają mnie jak bliską osobę, zagadują, a kiedy się bronię przed napiwkiem, bo wiem, że ledwie wiążą koniec z końcem, mają łzy w oczach i na siłę wciskają pieniądze – opowiada. Z kolei kiedy przychodzi czas, kiedy skarbówka zwraca nadpłacony podatek, ma okazję wizytować wille zamożnych obywateli miasta. – Ci najczęściej biorą, co im urząd skarbowy zwrócił, mnie nawet nie powiedzą „dziękuję” – użala się. A gdyby nie napiwki (uskłada się tego nawet 800 zł miesięcznie), musiałaby się zadowolić pensją – niecałe 1300 zł. – Więc pierwszeństwo w odbiorze przesyłek mają klienci, którzy potrafią pokazać, że są zadowoleni z mojej wizyty – uśmiecha się nieco cynicznie. I dodaje, że ona sama chętnie zostawia parę złotych tym, o których wie, że z napiwków żyją. Kelnerkom, koniecznie fryzjerce i kosmetyczce, do których zagląda od wielkiego dzwonu. Jak raz na sto lat pojedzie taksówką, prosi, żeby kierowca zaokrąglił.

System napiwkowy u nas zwyrodniał. Bo państwo pozwala na to, aby przedsiębiorcy przerzucali ciężar wynagradzania pracowników na klientów i nie poczuwali się do obowiązku dbania o to, aby przestrzegać prawa

– 1200 zł z napiwków mam bankowo – zdradza taksówkarz ze stołecznej korporacji. I tłumaczy, że jego sposobem na szczodrobliwość wożonych przez siebie ludzi jest uśmiech, dobra gadka i pomocność. Tajemnica poliszynela jest, że taksiarz zarabia najwięcej na pijanych, obcokrajowcach oraz klientach domów rozpusty, bo te ostatnie nagradzają za przywiezienie klienta kwotą od 50 do 100 zł. – Ale to już nie napiwek, tylko umówiona opłata – śmieje się. Ale zaraz poważnieje i dodaje, że ma coraz mniej sił, żeby jeździć po nocach i użerać się z pijakami. W dodatku łapę na nocnych uciechach trzyma mafia, a on chciałby mieć spokój. – Jak klient poprosi o kupno pół litra, to kupuję i wiozę na chatę, co kosztuje 10 zł ekstra. Ale jak chce cięższych używek, to odmawiam, za stary jestem, żeby iść siedzieć – wzdycha. I opowiada o dobrych czasach za komuny, kiedy to taksówkarz decydował o tym, dokąd jedzie, a ludzie z postoju bili się, żeby wsiąść do jego wozu. I o złotych kursach, kiedy to woziło się klientów ze stolicy nad morze albo w góry. Dlatego, przyznaje, zdarza mu się pukać klientów z prowincji na rachunkach, obwozić ich trasą dookoła świata, żeby więcej zarobić. – Ale to jest sedno bycia taksówkarzem – śmieje się i mruży oko.
Takich rozmów o napiwkach odbyłam niemal sto. Wśród moich rozmówców byli dostarczyciele jedzenia na telefon. Jeden z nich, warszawiak, który dowozi pizzę w ogólnopolskiej sieciówce, ma z umowy 2 tys. zł. Ale musi zapewnić samochód oraz paliwo. – Jak się przyjmowałem, zapewniali mnie, że z napiwków pokryję te wydatki i jeszcze będę miał górkę – opowiada. Miesięcznie na benzynę musi wydać 400 zł. Z napiwków ma góra 50 zł dziennie, czasem 10. Największy napiwek to 25 zł od pani, która zamówiła jedzenie za 150 zł. – Są też tacy, którzy z miną łaskawcy mówią, że reszty nie trzeba, kiedy do zaokrąglenia rachunku brakuje 10 gr. Miałbym ochotę rzucić im te 10 gr w twarz, ale nie stać mnie na to emocjonalnie. Więc dziękuję im z kamienną twarzą – opowiada. Rozwoziciel pizzy nawet nie myślał o tym, żeby cokolwiek odprowadzać ze swoich napiwków na konto podatku czy ZUS. Uważa, że to państwo powinno się bardziej zatroszczyć o niego.
– 500 zł miesięcznie – ocenia napiwki kosmetyczka z Wrocławia. Pracuje w prywatnym zakładzie, ma stałe klientki, zamożne panie, które ją uwielbiają i zawsze parę złotych wcisną do kieszeni fartuszka. Ona sama jest zatrudniona na umowę śmieciową, oficjalnie zarabia 1300 zł na rękę. Ma 35 lat, jest zdrowa, więc daje radę. Ale szlag ją trafia, bo dość ma już takiego życia na niby. – Właściciel zakładu zbywa nas, kiedy prosimy o podwyżki, mówi, że zarabiamy napiwkami. Ja bym wolała nie mieć tych tipów, ale żeby mnie normalnie opłacano. Żebym mogła wziąć kredyt na zakup mieszkania, a nie gnieździć się w wynajmowanej norze z koleżankami – irytuje się. I dodaje, że w zasadzie nie ma opcji: dla ludzi w jej wieku i z wykształceniem (skończyła wyższe studia humanistyczne, kurs kosmetyczny zrobiła po drodze) zostają albo takie posady, gdzie napiwki są wyrównaniem do najniższej krajowej, albo gdzie jest najniższa pensja, ale napiwków nie ma.

Państwo nie działa, to przykre

Na całym świecie są zawody, w których oficjalnie otrzymywane wynagrodzenie jest niskie, a ich wykonawcy muszą przychody bilansować datkami otrzymywanymi od klientów. Jednak Maciej Bitner, główny ekonomista WISE, jest przeciwnikiem dawania napiwków w ogóle. Twierdzi, że to rodzaj feudalizmu, mechanizm psujący rynek i konkurencję, forma jałmużny poniżająca ludzi. Ale zapytany o to, w jaki sposób dowartościować finansowo pracowników, którym pracodawcy nie płacą, ile trzeba, traci kontenans. I wywodzi, że kiedy by wszyscy zrezygnowali z dawania napiwków, to wolny rynek za jakiś czas uregulowałby i tę sprawę.
Być może, ale pewnie musi upłynąć jeszcze kilka tysiącleci, gdyż system napiwkowy, popularny przed wiekami, ma się dobrze i teraz. Tyle że w Polsce zwyrodniał. – Jeśli państwo pozwala na to, aby przedsiębiorcy przerzucali ciężar wynagradzania pracowników ma klientów i nie poczuwali się do obowiązku dbania o to, aby przestrzegać wymogów stanowionego prawa, to znaczy, że nie działa, jak trzeba – podsumowuje pracownica z Olympic Casino.