W tym roku do postępowania kwalifikacyjnego na urzędnika mianowanego zgłosiło się ponad 2 tys. chętnych. Z tego aż 1,3 tys. zdało trudny egzamin. Akt mianowania otrzyma 500 osób – 430 z najlepszymi wynikami z egzaminu, pozostałych 70 miejsc jest zarezerwowanych dla absolwentów Krajowej Szkoły Administracji Publicznej.

Rada Ministrów zapowiadała, że urzędników będzie coraz więcej. Plan zakładał, że w 2009 r. limit będzie wynosił 1,5 tys., w 2010 r. – 2 tys. i w kolejnym – 2,5 tys. osób. Jednak z roku na rok był on zmniejszany, aż w ostatnich latach został ograniczony do 500 miejsc.

– To są jedyni urzędnicy, którzy mają potwierdzone kwalifikacje. Rząd jednak szuka posad, zamiast stawiać na wykwalifikowanych pracowników – oburza się dr Stefan Płażek, adwokat, adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Podkreśla, że tak mały limit prowadzi do likwidacji korpusu służby cywilnej.

Bycie urzędnikiem mianowanym już wkrótce może nie być takie atrakcyjne. W kancelarii premiera trwają pracę nad ograniczeniem im przywilejów. Wymagany będzie np. dłuższy staż pracy, aby zyskać dodatkowe dni urlopu wypoczynkowego. Ponadto urzędnicy nie będą mogli liczyć na automatyczny awans na kolejny stopień służby cywilnej po dwóch bardzo dobrych ocenach okresowych.

Także dyrektorzy niechętnie zatrudniają pracowników, którzy podlegają szczególnej ochronie przed zwolnieniem. Do tego większa liczba urzędników w urzędzie to większe wydatki dla dyrektora generalnego. Na początku mianowany urzędnik otrzymuje 880 zł miesięcznie, ale wraz ze zdobywaniem kolejnego stopnia służby cywilnej może otrzymać do 5 tys. zł.