Ani bezrobotni bez kwalifikacji, ani pracownicy o najmniejszych kompetencjach nie chcą się szkolić, by zwiększać swoje szanse na rynku
Reklama
Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ubiegłym roku zaledwie 4,2 proc. z grupy bezrobotnych nieposiadających kwalifikacji zawodowych skorzystało ze szkoleń finansowanych przez urzędy pracy. W poprzednich latach było jeszcze gorzej, w 2016 r. zdobyć wiedzę próbowało jedynie 3,7 proc. bezrobotnych z tej grupy.
W danych resortu widać jeszcze jedną zależność: im niższe wykształcenie bezrobotnego, tym większa bierność w zdobywaniu nowych umiejętności. Spośród bezrobotnych z wyższym wykształceniem douczało się prawie 6 proc., w grupie z wykształceniem średnim – ponad 6 proc. Dla porównania wśród bezrobotnych po zawodówkach szkoliło się jedynie 3,4 proc., zaś z grupy z wykształceniem gimnazjalnym i niższym – zaledwie 2,4 proc.
Według resortu polskie wyniki nie odbiegają szczególnie od europejskich. We wszystkich krajach UE im niższy poziom wykształcenia, tym niższa aktywność edukacyjna osób dorosłych. Resort tłumaczy, że osoby bez kwalifikacji mogą być dodatkowo obciążone lękiem przed podejmowaniem aktywności w zdobywaniu wiedzy związanym z porażkami edukacyjnymi w przeszłości. A poza tym obecna dobra sytuacja na rynku pracy może usypiać ich czujność: łatwo o zatrudnienie nawet przy prostych pracach, co daje złudne poczucie, że nie trzeba poszerzać swoich kwalifikacji.
To ostatnie spostrzeżenie potwierdzają eksperci. Mateusz Żydek z firmy Randstad Polska zajmującej się m.in. doradztwem personalnym mówi, że na rynku rośnie zapotrzebowanie również na osoby nisko wykwalifikowane.
– Co widać w coraz wyższych stawkach, jakie oferują im pracodawcy. Szczególnie widoczne jest to w niektórych regionach, np. w Wielkopolsce – mówi Mateusz Żydek.
Ale jednocześnie wrzuca kamyczek do ogródka instytucji państwa odpowiedzialnych za rynek pracy. Według niego mały odsetek osób zainteresowanych szkoleniami to również efekt tego, że same szkolenia nie są dostosowane ani do potrzeb szukających pracy, ani do oczekiwań pracodawców. Z tą opinią zgadza się Łukasz Kozłowski, ekspert organizacji Pracodawcy RP.
– Polityka wobec rynku pracy jest mało elastyczna. Nie reaguje na zmieniającą się sytuację i bardziej odpowiada specyfice roku 2013, gdy mieliśmy lokalny dołek na rynku pracy – uważa Łukasz Kozłowski. Według niego oferta urzędów pracy jest słabo adresowana do osób, które dziś wśród bezrobotnych stanowią większość: czyli osób, które wypadły z rynku pracy już dawno.
– One wymagają głębszej interwencji, intensywniejszych form wsparcia, by mogły na niego powrócić. A tu wciąż dominują proste kursy, z którymi część bezrobotnych jakiś kontakt miała, ale niewiele im to dało, bo nie takich potrzebuje rynek – ocenia ekspert.
Kto korzysta z KFS? / Dziennik Gazeta Prawna
Ale nie tylko słabo wykształceni bezrobotni nie mogą się odnaleźć w obecnym systemie szkoleń. Dane MRPiPS wskazują, że również niskowykwalifikowani pracownicy nie palą się do poszerzania swojej wiedzy. Wskazują na to informacje z Krajowego Funduszu Szkoleniowego, działającego w ramach Funduszu Pracy. KFS dotuje pracodawcom organizowane przez nich szkolenia, których celem jest poszerzenie kompetencji pracowników. Tak, by mogli oni utrzymać się na rynku pracy. W 2017 r. spośród ponad 110 tys. osób, które skorzystały z programu, osoby z wykształceniem gimnazjalnym i niższym stanowiły zaledwie 3 proc. Prawie połowa – 45 proc. – to pracujący po studiach.
– To zapewne kwestia doświadczenia, że większe szanse na rynku i możliwości ma się wtedy, gdy przejdzie się więcej szczebli edukacji. Takie osoby są zainteresowane rozwojem swojej kariery i mając świadomość, co się na rynku dzieje, że ciągle trzeba nabywać nowe umiejętności w odpowiedzi choćby na automatyzację, korzystają ze szkoleń – mówi Mateusz Żydek. Łukasz Kozłowski dodaje, że dużą rolę mają tu do odegrania również pracodawcy. Bo rzeczywiście nie wszyscy pracownicy mają świadomość zachodzących zmian.
– Zatrudnienie przy rutynowych prostych pracach będzie stopniowo maleć ze względu na zmiany technologiczne. Ale to też oznacza, że będą potrzebni pracownicy o nowych kompetencjach. I to pracodawcy muszą zadbać o odpowiednie wyszkolenie kadr – mówi Łukasz Kozłowski.
Ekspert Pracodawców RP zwraca jednocześnie uwagę, że program szkoleń finansowanych przez KFS jest z roku na rok coraz bardziej marginalizowany. A to niedobrze, bo Krajowy Fundusz Szkoleniowy był pomyślany właśnie jako instrument do likwidowania luki kompetencyjnej na rynku pracy. Jak mówi, w tym roku środki KFS są prawie o połowę mniejsze niż w 2017 r. To ogranicza skalę działań funduszu.
– A szkoda, bo gdy jest niskie bezrobocie, to wtedy powinno się kłaść większy nacisk na kształcenie ustawiczne – mówi Kozłowski. Jego zdaniem być może trzeba dokonać przeglądu KFS, bo fakt, że tak mało osób z najniższym wykształceniem z niego korzysta, jest niepokojący i powstaje problem z realizacją celów, dla których powołano fundusz. Ale „zwijanie” KSF to nienajlepszy pomysł.
– Bo to najlepiej dostosowany do obecnej sytuacji na rynku państwowy instrument, ma w założeniu pomagać pracownikom adoptować się do zmieniających się warunków. A to osoby o najniższych kwalifikacjach potrzebują tej pomocy najbardziej – mówi Łukasz Kozłowski.