Lata cudu gospodarczego były też okresem największego wzrostu nierówności. Między 2003 r. a 2008 r. najzamożniejsze 5 proc. Polaków zarobiło połowę całkowitego wzrostu dochodu narodowego.
Paweł Bukowski pracuje w Centre for Economic Performance w London School of Economics and Political Science, jest również starszym ekspertem w European Expert Network on Economics of Education. W swojej pracy zajmuje się nierównościami na rynku pracy, ekonomią edukacji oraz historią gospodarczą / Dziennik Gazeta Prawna
Filip Novokmet doktoryzuje się z ekonomii w Paris School of Economics, École des Hautes Études en Sciences Sociales. Jego zainteresowania badawcze skupiają się na nierównościach dochodowych i majątkowych, makroekonomii oraz historii społeczno-gospodarczej / Dziennik Gazeta Prawna



Reklama

Reklama
Dlaczego tak wielu ekonomistów zajmuje się nierównościami dochodowymi?
Paweł Bukowski: Główną przyczyną jest ich wzrost. Po II wojnie światowej obserwowaliśmy wyrównywanie dochodów, co rozpowszechniło opinię, że nie są one już problemem społecznym. Było to zresztą zgodne z ówczesnymi modelami ekonomicznymi, które przewidywały, że kraje rozwinięte znajdują się na ścieżce rozwoju z zanikającymi nierównościami majątkowymi. W rezultacie ekonomia głównego nurtu marginalizowała ten problem. Nowa fala badań pojawiła się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że w USA od lat 80. XX w. można zaobserwować rosnące nierówności dochodowe.
Filip Novokmet: Powstanie „Kapitału w XXI wieku” Thomasa Piketty’ego jest również rezultatem tej zmiany. Ale popularność tej pracy wynika w dużej mierze z tego, że udało się wyjść z nią poza świat akademicki. Sam dyskurs o nierównościach w ekonomii jest znacznie szerszy – w przeciągu ostatniej dekady kilku laureatów Nagrody Nobla napisało książki traktujące o tej tematyce.
Podobnież nierówności na świecie spadają, a mimo to co chwila bombardowani jesteśmy informacjami, że 1 proc. najbogatszych posiada tyle, ile 99 proc. reszty ludzkości.
Novokmet: To prawda, że globalne nierówności – zdefiniowane jako różnice między obywatelami świata – spadają dzięki rosnącym dochodom w Chinach czy Indiach. Pokazał to w swoich pracach Branko Milanović. Ale odpowiedzialne za to procesy mogą mieć też wpływ na rosnące nierówności w krajach rozwiniętych. Bo globalizacja, która tak pozytywnie wpływa na dochód w drugim i trzecim świecie, w dojrzałych gospodarkach prowadzi do zaniku tradycyjnych zajęć klasy średniej. Z tego wynika, że nie powinniśmy skupiać się na nierównościach globalnych. To sytuacja na poziomie konkretnego kraju jest głównym punktem odniesienia dla większości ludzi w nim żyjących, a więc też dla tych, którzy kształtują politykę.
Czyli świat jako całość wygląda dobrze, ale sytuacja w konkretnych państwach nie jest już tak różowa.
Novokmet: Nierówności wewnątrz krajów wzrosły. To zjawisko ma bardzo poważne konsekwencje dla społeczeństwa, dlatego dobrze, że jesteśmy bombardowani tego typu informacjami. Wracając do poprzedniego przykładu, jeżeli tylko najbogatsi korzystają z globalizacji, to nie ma co się dziwić, że rosnąca liczba mieszkańców Zachodu jest z niej niezadowolona. Co mogło się przyczynić do niedawnych wyborów politycznych w USA i Wielkiej Brytanii.
Bukowski: Jeżeli gospodarki rozwijające się będą upodabniać się do rozwiniętych, to również nie mamy powodu oczekiwać, że nierówności pomiędzy obywatelami świata będą ciągle spadać. Co więcej, wygląda na to, że wzrost ekonomiczny w tych krajach jest też związany z różnicowaniem się dochodu. Można więc założyć, że globalne nierówności w przyszłości będą głównie kształtowane przez udział najbogatszych w dochodzie państw obecnego pierwszego i drugiego świata.
Wy zbadaliście nierówności dochodowe w Polsce od końca XIX w. Jak wypadamy?
Novokmet: Podstawowe założenie, na którym opiera się nasze badanie, jest takie, że ogólny rozwój nierówności jest skorelowany z rozwojem udziału najbogatszych w całkowitym dochodzie. XX w. charakteryzował się u nas ogólnym spadkiem nierówności dochodowych. Najwyższy poziom rozwarstwienia obserwujemy w czasach zaborów i międzywojnia, głównie z powodu silnej koncentracji dochodu z kapitału wśród najbogatszych Polaków. Druga połowa XX w. przyniosła spadek nierówności, który, podobnie jak w innych krajach, był spowodowany zmianami w koncentracji kapitału. Jednak w przypadku Polski ten spadek był znacznie większy z powodu wprowadzenia ustroju socjalistycznego i związanej z nim fali nacjonalizacji i wywłaszczeń prowadzącej do wyeliminowania prywatnego dochodu z kapitału. W dodatku rządy PRL wprowadziły daleko idące wyrównanie płac w sektorze publicznym. Po upadku komunizmu obserwujemy znaczący i stabilny wzrost udziału najbogatszych w dochodzie, który spowodował, że Polska znajduje się obecnie wśród najbardziej „nierównych” krajów UE. Podczas gdy wzrost po 1989 r. wynikał w dużej mierze z koncentracji dochodu z kapitału i pracy, to po 2000 r. był już praktycznie w całości kształtowany przez kapitał, który obecnie stanowi główne źródło dochodu najbogatszych.
Nierówności rosną jednak nie tylko przez akumulację kapitału, ale też widać je w dochodach z pracy.
Bukowski: To zjawisko w czasie transformacji można tłumaczyć decentralizacją systemu płac, natomiast rosnącą koncentrację dochodu z kapitału można łączyć z pojawieniem się sektora prywatnego i samą prywatyzacją. Źródeł znaczącego wzrostu nierówności po 2000 r. trzeba szukać w rosnącym znaczeniu kapitału w gospodarce. Ekonomiści dzielą czynniki produkcji na kapitał i pracę. Upraszczając – jeżeli przedsiębiorcy zaczynają używać więcej kapitału w produkcji i np. zastępują ludzi maszynami, wtedy część całkowitego dochodu, która trafia do właścicieli kapitału, wzrośnie. Ponieważ własność kapitału jest bardziej skoncentrowana niż pracy, zwłaszcza że nie ma już niewolników w społeczeństwie, wzrost dochodu z kapitału może przełożyć się na ogólny wzrost nierówności. Warto dodać, że jest to również klasyczne wytłumaczenie wzrostu nierówności na świecie w pierwszej połowie XX w. W naszej pracy argumentujemy, że zabór pruski jest prawie podręcznikowym przykładem, jak wzrost znaczenia kapitału w gospodarce wpływa na nierówności.
Współcześnie jednak ucieczka najbogatszych przed tymi najmniej zarabiającymi odbywa się innymi drogami.
Bukowski: Oczywiście procesy odpowiedzialne za wzrost znaczenia kapitału po 2000 r. były inne niż w Księstwie Poznańskim. Odpowiedzialne zdają się być zarówno nowe technologie, które przyszły z falą zagranicznych inwestycji bezpośrednich po wejściu Polski do UE, jak i ekspansja Chin w międzynarodowym handlu, która wyparła u nas wiele sektorów bazujących na pracy, np. włókiennictwo. Nasze badanie sugeruje, że te, poniekąd pozytywne, zmiany mogą prowadzić do wzrostu nierówności. Jednak potrzebnych jest więcej opracowań, żeby można było mówić o związkach przyczynowo-skutkowych.
Z waszego badania wynika, że w Polsce nierówności dochodowe są znacznie wyższe i od lat nie spadają, wbrew temu co pokazują dane GUS czy współczynnik Giniego.
Bukowski: Na początku trzeba zaznaczyć, że obydwie te miary – udział decyli (decyl dzieli rozkład wyników na 10 równych części co 10 proc. – red.) w dochodzie i współczynnik Giniego – w inny sposób opisują zróżnicowanie rozkładu dochodu, więc obydwie mają wady i zalety. Powinno się je traktować komplementarnie, a ich wskazania interpretować w kontekście konkretnych pytań. Dla przykładu, zmiany w rozkładzie dochodu w czasie transformacji były w dużej mierze wywołane poprzez wzrost udziału najbogatszych decyli i spadek w najbiedniejszych, podczas gdy środek rozkładu się nie zmienił. Jest to prawdopodobnie bardziej intuicyjny opis niż stwierdzenie, że wskaźnik Giniego wzrósł.
Dlaczego są tak duże rozbieżności między waszym badaniem a informacjami GUS?
Bukowski: Główna przyczyna tkwi w rodzaju użytych danych. W naszym badaniu mierzymy nierówności udziałem dochodu najbogatszych w całkowitym dochodzie, używając do tego sprawozdań z rozliczenia podatku dochodowego. Ponieważ przed II wojną podatek dochodowy dotyczył tylko najbogatszych, skupienie się na tej grupie umożliwia nam skonstruowanie spójnych oszacowań sięgających końca XIX w. Z drugiej strony inne miary nierówności – jak współczynnik Giniego – są zazwyczaj obliczane z użyciem badań sondażowych gospodarstw domowych, które mają relatywnie krótką historię. Ponadto większość sondaży nie jest w stanie objąć najlepiej zarabiających w podobny sposób, jak czynią to dane podatkowe. I wracamy tutaj do pytania o to, dlaczego szczególnie interesują nas te grupy. Zmiany wśród najbogatszych w nieproporcjonalny sposób wpływają na resztę rozkładu dochodu. Również teorie ekonomiczne dotyczące kształtowania się nierówności często odnoszą się bezpośrednio do procesów zachodzących na górze, np. akumulacji kapitału. W tym świetle pominięcie najbogatszych w znaczący sposób ogranicza wnioski z badań sondażowych.
Novokmet: Musimy jednocześnie wspomnieć, że badania sondażowe znacznie lepiej opisują sytuację w innych częściach rozkładu dochodu. Dlatego coraz bardziej podkreśla się konieczność łączenia różnych źródeł danych, zwłaszcza sondaży z rejestrami administracyjnymi. To jest przyszłość badań nad nierównościami społecznymi.
Patrząc z perspektywy końca XIX w., do dzisiaj nierówności w Polsce urosły do bardzo wysokich poziomów, mimo ich mocnego spadku w PRL. Dlaczego?
Bukowski: Warto spojrzeć na tę ewolucję z perspektywy teorii zaproponowanej przez Simona Kuznetsa, amerykańskiego ekonomisty białoruskiego pochodzenia. Głosi ona, że współczesny wzrost gospodarczy prowadzi do wzrostu nierówności, gdy działalność gospodarcza przenosi się z mniej produktywnego i egalitarnego rolnictwa do bardziej produktywnego i nierównego przemysłu. W zgodzie z tą teorią wielu badaczy pokazywało, że w krajach zachodnich okres poprzedzający wybuch I wojny światowej charakteryzował się znaczącym wzrostem nierówności. Gospodarka w zaborze pruskim od końca XIX w. do I wojny przeżywała okres gwałtownego rozwoju i modernizacji. Nie jest więc zaskoczeniem, że obserwujemy tam również wzrost dochodu wśród najbogatszych. Tym, co jednak nie pasuje do teorii Kuznietsa, jest to, że wzrost nierówności w zaborze pruskim był głównie fenomenem obszarów wiejskich, a nie miejskich. Wynikało to z pojawienia się tzw. kapitalizmu rolniczego, czyli kapitałochłonnych upraw, oraz rozwoju górnictwa i przemysłu rolniczego w wielkich posiadłościach ziemskich.
Novokmet: I wojna jest postrzegana jako punkt zwrotny kończący ustalony wcześniej porządek polityczny w Europie. Uważa się również, że doprowadziła do wyraźnego spadku nierówności, ponieważ działania wojenne uderzyły w dochody z kapitału, które są skoncentrowane wśród najbogatszych. W Polsce również obserwujemy, jak zniszczenia kapitału i powojenna hiperinflacja doprowadziły do znaczącego spadku udziału najbogatszych w dochodzie. Ta zmiana została dodatkowo wzmocniona po I wojnie przez nowy podatek majątkowy, wzmocnienie progresywności podatku dochodowego czy reformę rolną. Pomimo tego dochody najbogatszych rosły w Polsce międzywojennej.
Jednak zmiany w polityce podatkowej po 1918 r. musiały wpłynąć pozytywnie na nierówności w tym czasie.
Novokmet: Do końca lat 20. XX w. obserwujemy ich dość umiarkowany wzrost. Dopiero Wielka Depresja w znaczący sposób podniosła udział najbogatszych w dochodzie, ponieważ w nieproporcjonalny silny sposób uderzyła w rolników małoobszarowych. Podczas gdy wszystkie warstwy społeczne odczuły spadek dochodu, sytuacja rolników była wyjątkowo ciężka. Warto dodać, że II RP była niezwykle zróżnicowanym krajem, jeżeli chodzi o poziom rozwoju gospodarczego, i obraz nierówności prawdopodobnie był zdecydowanie bardziej skomplikowany. Dlatego pracujemy obecnie nad determinantami nierówności w Polsce międzywojennej na poziomie powiatu.
Z waszego badania wynika, że kolejny szybki i dynamiczny wzrost nierówności zaczyna się na początku lat 90.
Novokmet: Pierwsze lata transformacji charakteryzowały się wzrostem nierówności zarówno w wynagrodzeniach, jak i w dochodzie z kapitału. Ten pierwszy był skutkiem decentralizacji w kształtowaniu płac, który umożliwił zwiększenie zarobków ludzi z wyższym wykształceniem czy produktywnością. Ten drugi wynikał z powrotu i rozwoju sektora prywatnego. Jednak dlaczego wzrost dochodów z kapitału na początku lat 90. był tak bardzo skoncentrowany wśród najbogatszych, nie jest do końca jasne. Postęp prywatyzacji był u nas stosunkowo wolny w porównaniu z innymi krajami regionu, być może znaczenie miały odmienne metody prywatyzacji, jak leasing pracowniczy lub likwidacja przedsiębiorstw państwowych i następująca sprzedaż aktywów tych firm po bardzo niskiej cenie.
Jeszcze wyraźniejsze rozwarcie nożyc widać w latach 2003–2008, później notujemy spadek, a teraz obserwujemy kolejny wzrost. Co jest tego przyczyną?
Novokmet: Od 2003 r. kapitał stanowi główne źródło dochodu procentu najbogatszych, natomiast praca dominuje w grupach dochodowych poniżej. W szczególności wyraźny wzrost nierówności w pierwszej dekadzie XXI w. można w całości przypisać wzrostowi dochodu z kapitału. Tłumaczymy to falą kapitałochłonnych bezpośrednich inwestycji zagranicznych, migracją Polaków na Zachód lub odejściem od pracochłonnych gałęzi przemysłu w wyniku rosnącej dominacji Chin, które w 2001 r. wstąpiły do WTO.
Bukowski: Dominacja kapitału w dochodach najbogatszych ma istotne znaczenie dla rozwoju nierówności. Wiemy, że dochód z kapitału podąża za koniunkturą, podczas gdy dochód pracy jest od niej bardziej niezależny.
Wasza analiza pokazuje nierówności przed opodatkowaniem. Czy po opłaceniu danin sytuacja wyglądałaby inaczej?
Bukowski: Mamy powody, dla których analizujemy dochody brutto najbogatszych. Po pierwsze – ich rozkład przed opodatkowaniem odzwierciedla funkcjonowanie gospodarki, co jest istotne same w sobie. Po drugie – nasze główne źródło danych, czyli statystyki podatku dochodowego – jest publikowane jako liczby brutto. Dzięki tym danym udało nam się skonstruować spójne i długookresowe szeregi danych sięgające XIX w. W dodatku tylko dochód przed opodatkowaniem umożliwia porównanie pomiędzy krajami. Naturalnie, tak jak większość badaczy, jesteśmy zainteresowani zarówno nierównościami przed, jak i po opodatkowaniu. W dużej mierze dlatego, że udział dochodu netto najbogatszych odzwierciedla redystrybucyjną rolę państwa. Dochody najbogatszych po opodatkowaniu będą mniejsze w progresywnym systemie podatkowym, kiedy największe dochody są również najsilniej opodatkowane.
Novokmet: Należy jednak pamiętać, że progresywność podatku zmienia się w czasie i w dużej mierze zależy od preferencji społecznych i dominującej ideologii. Dla przykładu – rządy w Polsce międzywojennej opodatkowały silniej dochody z kapitału niż z pracy, podczas gdy obecnie podejście jest odwrotne. Można tutaj przywołać istnienie podatku liniowego dla firm. W rezultacie redystrybucyjna rola państwa jest mniejsza i udział dochodów netto najbogatszych powinien być obecnie w Polsce zbliżony do udziału dochodów brutto.
Dlaczego nie widzimy tych zjawisk w statystykach GUS?
Novokmet: Większość badań nad nierównościami w Polsce używa danych z sondaży w gospodarstwach domowych. A sondaże często nie są w stanie dotrzeć do najbogatszych ludzi, z czym nie ma problemu przy danych podatkowych. Pod tym względem badania gospodarstw domowych mają ograniczoną możliwość wnioskowania o dochodzie w górnych częściach rozkładu, który może być kluczowy dla kształtowania się ogólnych nierówności. W naszej pracy pokazujemy, że badania sondażowe w Polsce również mają ten sam problem.
Czyli wzrost gospodarczy nie podnosi już wszystkich łodzi, nie wszyscy na nim jednakowo korzystają, a jego największymi beneficjentami są osoby o największych dochodach?
Bukowski: Uważamy, że okres 2003–2008 jest szczególnie pouczający, jeżeli chodzi o wpływ wzrostu na redystrybucje dochodu. Lata polskiego cudu gospodarczego były równocześnie latami największego wzrostu nierówności. Najbogatsze 5 proc. ludności zarobiło połowę całkowitego wzrostu dochodu narodowego w tym okresie. Analiza udziału najbogatszych pozwala nam więc zrozumieć, dlaczego tak wielu Polaków nie odczuło wyraźnej poprawy jakości życia w czasie silnego wzrostu gospodarczego.
Novokmet: Ocena zmian w polskiej gospodarce minionej dekady będzie więc zależeć od tego, do jakiego stopnia wzrost gospodarczy dosięgnie większości ludzi. Warto mieć to na uwadze, gdy eksperci i politycy postulują prymat przyrostu PKB. Oczywiście, w długim okresie wzrost gospodarczy jest jedyną szansą na rozwój, lecz jego podstawowym zadaniem powinna być poprawa standardów życia całego społeczeństwa, a nie tylko wypełnienie nagłówków pierwszych stron gazet.
Jak polskie nierówności dochodowe wyglądają na tle naszego regionu i UE?
Bukowski: Porównujemy udział najbogatszych w Polsce do krajów, dla których istnieją podobne opracowania. Na tle Europy, o czym już wspomnieliśmy, plasujemy się obecnie wśród państw z najwyższymi nierównościami – Niemcami i Wielką Brytanią. Najbogatsi Polacy mają większy udział w dochodzie niż ich odpowiednicy z południowej Europy i Skandynawii. Zwraca uwagę wysoka korelacja w poziomie i rozwoju nierówności w Polsce i Niemczech. Przypuszczamy, że odpowiedzialna jest za to dominacja kapitału w dochodzie najbogatszych w Polsce i Niemczech oraz jego wyraźna procykliczność. Ponieważ Niemcy są naszym największym partnerem handlowym i inwestorem, to cykle gospodarcze w obydwu krajach są do pewnego stopnia zsynchronizowane.
Novokmet: Jeżeli chodzi o Europę Środkowo-Wschodnią, udział w dochodzie najbogatszych zdaje się być wyższy niż w większości krajów byłego bloku komunistycznego: na Węgrzech, w Czechach, na Słowenii czy w Chorwacji. Niestety nie istnieją szacunki dla innych krajów Europy Wschodniej, zwłaszcza Rosji i Ukrainy, jednak bazując na poszlakach, można przypuszczać, że koncentracja dochodu jest tam większa, ponieważ prywatyzacja w tych krajach wyjątkowo faworyzowała bogatych.
Czego możemy się spodziewać w przyszłości? Nierówności nadal będą rosły?
Bukowski: Mechanizmy rynkowe automatycznie nie doprowadzą do spadku nierówności. Te procesy zależeć będą od polityki państwa i instytucji. Klasycznym przykładem jest tutaj wpływ postępu technologicznego na rynek pracy. W krajach zachodnich automatyzacja produkcji przyczyniła się do częściowego wyparcia pracy i wzrostu roli kapitału w wielu działach przemysłu. Równocześnie rozwój nowych platform usługowych – np. Ubera – przyczynił się do upowszechnienia niestabilnych i niskopłatnych form zatrudnienia. Możemy oczekiwać, że wraz z postępem technologicznym zjawiska te będą się nasilać również w Polsce.
Jak temu zapobiec? Bo globalizacji nie da się zatrzymać.
Bukowski: Blokowanie postępu nie ma sensu, jednak jego wpływ na nierówności można łagodzić poprzez np. ulepszenie systemu przekwalifikowania pracowników czy rozszerzanie tradycyjnych przywilejów pracowniczych na prekariat. W długim okresie kluczowy będzie rozwój kapitału ludzkiego i wyrównywanie szans poprzez egalitarny system edukacji. Żeby jednak zaprojektować skuteczne polityki, trzeba najpierw zrozumieć, jak zmiany na rynku pracy przekładają się na konkretną sytuację pracowników w Polsce.
Czy finansjalizacja gospodarki, ta rosnąca rola rynków i instytucji finansowych, nieuchronnie skazuje Polskę na coraz większe problemy z rozwarstwieniem dochodów?
Novokmet: Wydaje się, że deregulacja sektora finansowego w krajach rozwiniętych przyczyniła się do wzrostu dochodu najbogatszych. Jednak potrzeba więcej badań, by lepiej zrozumieć tę zależność. Teoretycznie finansjalizacja może nawet pomóc zmniejszyć nierówności poprzez wspieranie przedsiębiorców, którzy nie mają własnych funduszy, czy poprzez ułatwianie inwestowania w kapitał ludzki. Prowadzi nas to do ogólnego wniosku, że żeby móc przeciwdziałać nierównościom, należy je przede wszystkim lepiej poznać.