Pan Marcin kupił sprzęt elektroniczny znanej międzynarodowej firmy. Po krótkim używaniu w urządzeniu wpadł do środka przycisk do włączania i wyłączania. – Tydzień po stwierdzeniu tej usterki postanowiłem oddać urządzenie do sklepu w celu naprawy. Sprzedawca jednak polecił mi zadzwonić na infolinię firmy i zgłosić problem, a następnie czekać na kuriera, który zabierze je ode mnie i po naprawie dostarczy z powrotem do domu – opowiada nasz czytelnik. Niestety procedura okazała się nie taka prosta.
– Pani na infolinii stwierdziła, że na pewno za mocno naciskałem guzik. Oznajmiła również, że jeśli podczas naprawy nie zostanie stwierdzona usterka z winy producenta, koszty ekspertyzy i wysyłki będę musiał pokryć sam. To duża kwota, bo 250 euro – pisze pan Marcin, dodając, że zniechęcony takimi drakońskimi warunkami wycofał się z oddania urządzenia do gwarancyjnej naprawy. – Na koniec dostałem numer telefonu do serwisu, gdzie mogę to zrobić odpłatnie. Po co w takim razie jest gwarancja, jeśli strach z niej skorzystać? – pyta oburzony czytelnik.
Niestety, niektóre postanowienia umów gwarancyjnych i regulaminy sprzedaży mogą skutecznie odstraszyć od skorzystania z przysługujących konsumentowi praw. Na szczęście gwarancja nie jest jedyną formą ochrony, jaką może się posłużyć.