Sprawa, która zawisła przed Izbą Cywilną SN i która ma być dziś rozpatrywana na rozprawie, ma niezwykle istotne znaczenie. Na jej kanwie siedmioosobowy skład IC SN zadał pytanie prejudycjalne, na które TSUE udzielił odpowiedzi. Sformułował wskazówki, w oparciu o które należy dokonać oceny, czy osoba powołana do SN może orzekać i jakie skutki wywołują wydane przez nią orzeczenia. Chodziło o Aleksandra Stępkowskiego, powołanego do SN z rekomendacji neo-KRS. Skład IC SN miał już tylko przełożyć wskazówki TSUE na orzeczenie w konkretnej sprawie. Oczywiście skutki tego rozstrzygnięcia promieniowałyby na status pozostałych osób powołanych do SN z rekomendacji neoKRS.
Pierwsza na ścieżkę prowadzącą na antypody prawniczego rozumowania wstąpiła prof. Manowska, I prezes SN, odmawiając składowi orzekającemu wydania akt, które wróciły do SN z TSUE. Prezes Manowska najpierw utrzymywała, że rozważa zwrócenie się o powołanie specjalnego rzecznika dyscyplinarnego do oceny, czy Stępkowski nie popełnił deliktu dyscyplinarnego, orzekając bez oryginalnych akt. Następnie podała, że zwróciła się do Biura Studiów i Analiz SN o wydanie opinii ad meritum w sprawie. Jest to o tyle kuriozalne, że członkowie składu orzekającego nie widzieli takiej konieczności, a przecież to oni mieli orzekać. Działanie prof. Manowskiej było aż nazbyt czytelne. Wszelkimi sposobami starała się opóźnić wyrokowanie w doniosłej i dotyczącej również jej sprawie. Przecież ona również znalazła się w SN z rekomendacji neo-KRS.