Dawniej w systemie zdominowanym przez spółdzielnie mieszkaniowe na własne M można było czekać całymi latami. Teraz do nowego lokum można się wprowadzić niemal z dnia na dzień, wybór na wolnym rynku jest przeogromny. Lecz problemem stały się pieniądze.
Jeszcze na przełomie lat 80. i 90. droga do własnych czterech kątów prowadziła przede wszystkim przez spółdzielnie, które korzystały z wsparcia państwa. Na początku lat 90. ponad 60 proc. nowych mieszkań wychodziło spod ich ręki.
Warunkiem przeprowadzki do takiego lokum było przystąpienie do spółdzielni i wpłata zaliczki na poczet wkładu na pokrycie spółdzielczego prawa lokatorskiego lub własnościowego. O ile koszt udziału nie był nadmiernym obciążeniem, problemem był czas.