Gdy jakiś czas temu prezes Eko Snails Garden Grzegorz Skalmowski odwiedził jeden z banków celem uzyskania kredytu inwestycyjnego, doradca w oddziale nie mógł się nachwalić jego firmy. W końcu to największy producent ślimaków w Polsce, ceniony za granicą eksporter, dystrybutor pasz, a nawet wytwórca kosmetyków opartych na śluzie mięczaków. Za pionierską w Polsce działalność firma zebrała kilkanaście nagród – w tym tytuł Wizjonera, wyróżnienie Dziennika Gazety Prawnej. – Analitycy z centrali na pewno przyznają panu ten kredyt – gorąco zapewniał przedsiębiorcę doradca. Nie przyznali.

Banki niechętnie patrzą nie tylko na małych przedsiębiorców z takich egzotycznych branż, jak hodowla ślimaka. Z podobnym problemem spotykają się także ci, którzy z działalnością dopiero chcieliby wystartować. – Pozyskanie pieniędzy graniczy z cudem – twierdzi Tomasz Popow, który na biznesowe wody wypłynął dzięki Taxi 5, aplikacji na smartfony służąca do zamawiania taksówek. Skarży się, że instytucje finansowe udzielają wsparcia tylko tym przedsiębiorcom, którzy mają zabezpieczenie w postaci nieruchomości czy oszczędności. – Dowód jest prosty. Jak na początku miesiąca mam pieniądze na koncie, to otrzymuję mnóstwo propozycji z banków w zakresie kredytu. Pod koniec miesiąca, gdy konto świeci pustkami, mój telefon milczy – zauważa Popow. Dlatego bardzo szybko zrezygnował z usług banków i postawił na fundusze venture capital.

Bankowcy tłumaczą, że niechętnie finansują mikro i małe firmy z trzech podstawowych powodów: po pierwsze, znaczna część z nich to start-upy, czyli podmioty działające krócej niż trzy lata. A statystyki pokazują, że to newralgiczny okres dla firm, którego nie przeżywa więcej niż połowa przedsiębiorstw. Ponadto małe firmy nie mają jasno wydzielonej struktury finansowej. Majątek przedsiębiorstwa i właściciela to zwykle jedno, a zysku firmy nie sposób odróżnić od zysku właściciela – zwłaszcza w przypadku jednoosobowej działalności gospodarczej oraz w firmach rodzinnych czy mikroprzedsiębiorstwach zatrudniających do 9 osób. Z punktu widzenia banku nie wiadomo więc, na jaki konkretny cel miałyby być przeznaczone pieniądze z kredytu obrotowego – czy na rozwój firmy, czy na prywatne potrzeby właściciela. Trzeci powód to brak odpowiednich zabezpieczeń. Drobni przedsiębiorcy zwykle nie dysponują odpowiednim majątkiem ani oszczędnościami, które mogłyby stanowić gwarancje spłaty zadłużenia w przypadku niepowodzenia inwestycji. Jak tłumaczy zachowanie instytucji finansowych prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz, banki kredytów udzielają z wcześniej przyjętych depozytów – głownie klientów indywidualnych. Dlatego muszą zachować szczególną ostrożność. Uważa, że dobrym sposobem pobudzania rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw byłoby przejęcie części ryzyka przez rząd – jak jest w przypadku kredytów z gwarancjami de minimis, których od ubiegłego roku udziela BGK.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Program gwarancji de minimis pozwolił na systemowe rozwiązanie wsparcia polskich małych i średnich przedsiębiorców w dostępie do finansowania. Wcześniej mieliśmy kilkadziesiąt różnych rozwiązań prowadzonych przez instytucje rozproszone po całej Polsce, działających lokalnie lub w ograniczonym zakresie, bez zdecydowanego udziału Skarbu Państwa. Dlatego udzielały one maksymalnie 6–7 tys. poręczeń rocznie. Program de minimis odmienił tę sytuację – wyjaśnia Pietraszkiewicz.

W ciągu półtora roku od wprowadzenia gwarancji do września 2014 r. skorzystało z nich ponad 65 tys. przedsiębiorców, którzy zadłużyli się na przeszło 22 mld zł. Z danych BGK wynika, że 96 proc. beneficjentów to małe firmy, a jedynie 1 proc. – duże. Prawie połowa z podmiotów, które pozyskały kredyt z gwarancją, to przedsiębiorstwa młode, prowadzące działalność od roku do 3 lat – 27 proc. oraz start-upy – 21 proc. – Gwarancja de minimis jest doskonałym udogodnieniem, szczególnie dla przedsiębiorców, którzy nie posiadają rzeczowego zabezpieczenia kredytu – uważa Izabela Sławińska, menedżerka zespołu kredytów małych i średnich firm BZ WBK. – Z punktu widzenia banku wzmocnienie zabezpieczenia kredytu wpływa na lepszą ocenę ekspozycji kredytowej, co w ogólnej ocenie przekłada się na korzyść dla klienta w postaci obniżenia kosztu kredytu – dodaje Sławińska. Gdyby nie gwarancje, co piąta firma w ogóle nie otrzymałaby finansowania, a kolejne 20 proc. dostałoby je niższe o przynajmniej jedną trzecią.

A wracając do Skalmowskiego, to ostatecznie sfinansuje budowę przetwórni ślimaków z pieniędzy z lokalnego banku spółdzielczego.