Kiedy prezes Fluid SA Jan Gładki przechadza się po siedzibie firmy w Sędziszowie, ponoć wysoko zadziera głowę i pęka z dumy. I ma ku temu powody – w tym miejscu powstaje zakład, który stanowi zwieńczenie dekady jego pracy nad zieloną technologią, a konkretnie – nad zielonym węglem. Ekologiczny surowiec może się okazać najciekawszym i największym wkładem Polski w globalną walkę z zanieczyszczeniem środowiska.

Zakład w Sędziszowie będzie kosztował 16 mln zł, a pieniądze na jego budowę dała Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Jego sztandarowym produktem ma być czarny pellet, który będzie można wykorzystywać zarówno w grillach, jak i w kotłowniach w centrach miast, którym doskwiera smog. Zakład zostanie otwarty w IV kw. tego roku. Jednak nie jest on jedyną instalacją, na której ukończenie w wielkim napięciu czeka prezes Gładki. W dalekiej Azji Południowo-Wschodniej powstaje kolejny prototypowy zakład Fluid SA – elektrownia opalana biowęglem.

Jak udało się przekonać Azjatów do tajemniczej technologii z Polski? – Pokazaliśmy im, jak to działa. Tajemnica polega na odpowiedniej formie uszlachetniania biomasy. My jej nie spalamy, a tylko prażymy w beztlenowej atmosferze – wyjaśnia Gładki. W efekcie uzyskujemy paliwo stałe, które jest bardziej suche i znacznie bardziej energetyczne niż biomasa. Zwykłe odpady pochodzenia roślinnego mają wartość energetyczną rzędu 17–18 MJ na kilogram, a biowęgiel – aż 25 MJ/kg. Podstawową zaletą paliwa jest to, że do jego produkcji zużywa się resztki roślinne, którymi nikt już się nie zainteresuje – pozostałości z tartaku, po wycince drzew, po tłoczeniu oleju, wyciskaniu owoców – czy zwykłą słomę. Proces produkcji także jest bardzo szybki. – Węgiel kamienny czy brunatny powstawał miliony lat, a węgiel drzewny produkuje się nawet kilkanaście dni. Tymczasem nasze paliwo powstaje w cztery minuty – mówiła tuż przed wejściem firmy na giełdę NewConnect Marzena Gładka, dyrektor ds. marketingu Fluid SA.

Żeby była jasność – Fluid nie jest jedyną firmą na świecie, która pracuje nad metodami produkcji biowęgla. Nad tym zagadnieniem pracuje się także w Holandii, Belgii, Szwecji, Hiszpanii, USA i Kanadzie. Za niektórymi z tych projektów stoją wielkie koncerny, jak np. francuska Areva. Jak jednak zapewniają przedstawiciele Fluidu, to Polakom udało się wszystkich pobić na głowę i jako pierwszym opanować rozwiązania, które są gotowe do wejścia na rynek. Tu i teraz. Po pierwsze, technologia Fluidu ma pozwalać na ciągłą produkcję paliwa, podczas gdy inne rozwiązania przewidują wytwarzanie paliwa w cyklach. Po drugie, reakcja zachodząca w metodzie Fluidu jest autotermiczna, tzn. że proces napędza się samoczynnie, nie wymagając ciągłych dostaw energii z zewnątrz. Dodatkowo energetyczność paliwa można regulować – jeśli klient zażyczy sobie paliwo mniej energetyczne, to je dostanie.

Korzenie Fluidu sięgają jeszcze czasów transformacji, kiedy Jan Gładki był głównym konstruktorem w sędziszowskiej fabryce kotłów Sefako. Tam pracował nad prototypową technologią kotłów fluidalnych, które emitowały znacznie mniej związków siarki niż obecne wówczas na rynku technologie. Ale gdy tylko pojawiła się okazja, Gładki zaczął pracować na własny rachunek. Bo – jak dziś mówi – w etatowej robocie denerwowała go całkowita arogancja wobec pomysłów, projektów i produktów. Wspomina, że prototypowe kotły, nad którymi pracował, umieszczono w nieogrzewanym budynku i „zapominano” spuścić z nich wodę na zimę. Kotły – rzecz jasna – zamieniły się w kupę złomu.

Dlatego opracowane przez siebie kotły Gładki produkował już w swojej firmie – właśnie Fluidzie. Przez dziesięć lat, aż przyszło nowe tysiąclecie, a wraz z nim powiały nowe, zielone wiatry w energetyce. Gładki zainteresował się więc relatywnie nową technologią, nad którą pracowano w kilku miejscach na świecie. W tym celu udał się na Politechnikę Częstochowską do znajomego naukowca, prof. Zbigniewa Bisa. – To był strzał w dziesiątkę – wspomina dzisiaj.

Nie tylko prof. Bis posiadał odpowiedni patent na biowęgiel. Gładki w trakcie zaznajamiania się z technologią uzmysłowił sobie, że nadaje się ona do znacznie większej liczby zastosowań, niż pierwotnie zakładał. – Instytucje szwajcarskie wyliczyły, że biowęgiel może mieć 86 zastosowań. U siebie już go stosują jako nawóz, od kwietnia 2013 r. ich ministerstwo rolnictwa wpisało to paliwo na listę nawozów naturalnych – mówi prezes. Zresztą prof. Bis jest dzisiaj wielkim orędownikiem wykorzystania biowęgla do wzbogacania gleby. Ale surowiec nadaje się także do kosmetyki, jako paliwo do grilla, do kominka, a nawet wkład do ołówka.

Biowęgiel ma jeszcze tę zaletę, że można go spokojnie spalać w istniejących już kotłach. Zainteresowanie paliwem wyraziła już polska energetyka. Jest tylko jeden mały problem: na rodzimym rynku nie ma wystarczającej ilości biomasy. Minimalna ilość, która interesowałaby nasze elektrownie, to 50 ton dziennie, tymczasem sędziszowski zakład będzie wytwarzał 750 ton miesięcznie. Jeszcze bardziej perspektywicznie wygląda rynek indonezyjski – tam rocznie marnuje się rocznie 60 mln ton tego paliwa. Dostęp do surowca to właściwie jedyna przeszkoda na drodze do upowszechnienia się tej technologii w Europie.

Pellet jest znacznie bardziej energetyczny niż biomasa