Kurs ten oblicza się przede wszystkim na podstawie aktualnej wyceny waluty. Jedynym bezpośrednim kosztem tej transakcji jest spread.

Dzięki zawarciu takiej transakcji eksporter zyskuje gwarancję, że np. za miesiąc czy dwa sprzeda uzyskane od kontrahentów euro czy dolary po kursie zbliżonym do aktualnego. Dodatkowo zyska, jeśli złoty w chwili sprzedaży walut będzie droższy niż ustalony w kontrakcie forward, a straci, jeśli nasza waluta będzie tańsza (bo wtedy mógłby dostać więcej złotówek). Z forwardów mogą korzystać także importerzy, którzy w ten sposób mogą sobie zagwarantować zakup walut po z góry określonej cenie. Oni także mogą dodatkowo zyskać lub stracić, jeśli kurs złotego się odchyli od wyznaczonego poziomu.

Ryzyka takiej straty pozwalają uniknąć opcje, które – inaczej niż forward – dają prawo a nie obowiązek do zakupu lub sprzedaży waluty po określonym kursie. Jeśli okaże się, że korzystniej będzie sprzedać czy kupić walutę na rynku, można zrezygnować z prawa wykonania opcji.

Rozróżniamy opcję typu call, wykorzystywaną najczęściej przez importerów, a dającą prawo do kupna waluty oraz przydatną dla eksporterów opcję typu put, która daje prawo do sprzedaży waluty obcej. Kosztem dla przedsiębiorcy jest prowizja, zwana premią opcyjną, zależna od zakontraktowanej kwoty. Dla przykładu obecnie opcja na 100 tys. euro na miesiąc to koszt ok. jednego procenta.

Przedstawiciele banków deklarują, że zarówno opcje, jak i forwardy są produktami powszechnie dostępnymi w ofertach instytucji finansowych. Nie wszystkie firmy będą mogły jednak z tych instrumentów skorzystać ze względu na limity kwotowe. – W naszym banku aby zawrzeć prosty kontrakt forward, rozliczenie powinno opiewać na minimum 20 tys. euro. W przypadku opcji próg wynosi 50 tys. euro – powiedział nam Mikołaj Bąk z Raiffeisen Banku. Dodaje jednak, że klienci korzystający z internetowych platform wymiany walut mogą zawierać transakcje na mniejsze sumy.

Jednak instrumenty zabezpieczające przed zmianą kursów należy wykorzystywać ostrożnie. Nie należy np. kupować opcji czy forwardów na sumy większe, niż wynika z potrzeb firmy i nie należy wystawiać takich instrumentów na własną rękę. Wtedy bowiem zaczyna się spekulacja tymi papierami. Jak pokazują doświadczenia z 2008 r., grozi ona potężnymi stratami. Niektóre firmy zbankrutowały z powodu spekulacji na opcjach, przez co sprzedaż tych instrumentów drastycznie spadła.

– Najtrudniejszy był na tym rynku 2009 r. Od tamtego czasu popularność instrumentów służących do zabezpieczania się przed ryzykiem kursowym stopniowo wzrasta. Jednak poziom obrotów sprzed kryzysu nie został osiągnięty. Teraz firmy i banki ostrożnie podchodzą do tych instrumentów i nie używają ich w celach spekulacyjnych – uważa Maciej Czerwiński, odpowiedzialny za sprzedaż instrumentów pochodnych w BRE Banku.