Ale należy tu go usprawiedliwić: kredyt się bierze także zdaniem bankowców, a nawet ekspertów. W efekcie „wzięcie kredytu” jest dziś określeniem powszechnym. A przecież kredyt się kupuje, a nie otrzymuje za darmo. Zamazanie tej różnicy wydaje się jednym z większych sukcesów banków.

Bo słowa wbrew pozorom mają moc. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że sposób, w jaki o czymś mówimy, wpływa na to, jak to postrzegamy. Dlatego wiele osób obecnie przyznanie kredytu postrzega jako sukces; coś, co należy uczcić.

– Bank stwierdził, że mam zdolność kredytową! – pochwalił mi się niedawno kolega. Odpowiedziałem mu, że to dość oczywiste, skoro zarabia zdecydowanie powyżej średniej krajowej.

– Nawet nie wiesz, ile nerwów się najadłem, zastanawiając się, czy bank będzie tego samego zdania, co ty – odparł.

W   ten sposób kredytodawca jawi się jako ten, kto wręcza nagrody za przedsiębiorczość.

Dla jasności: wiem, że świadomość, iż kredyt trzeba spłacać, nie jest odkryciem. I zdaję sobie sprawę, że gdy przychodzi dzień sznura, inaczej zwany dniem spłaty raty, mało kto jest szczęśliwy. Ale zarazem jestem przekonany, że do wielu nieszczęść by nie doszło, gdyby osoby kupujące kredyty były nastawione pesymistycznie już od samego początku. Gdyby wiedziały, że nikt im nie robi łaski, lecz sprzedaje pewien produkt, na którym sam zarabia.

Gdy mówimy o hipotece, sprawa niektórym może się wydawać przesadzona. Ale zwróćmy uwagę choćby na kartę kredytową i „darmowe pieniądze” przez kilkadziesiąt dni.

– Wystarczy spłacić w terminie i już w dniu spłaty będzie pan mógł wziąć pieniądze za darmo po raz kolejny – przekonywał mnie jakiś czas temu doradca kredytowy.

Ostatnimi siłami się oparłem. Łatwo nie było. Bo przecież kto by nie chciał dostać kilku tysięcy od banku, oczywiście gratis...