Wojna rewolucjonizuje unijną politykę klimatyczną i energetyczną czy tylko ją koryguje?
Zwrot jest głęboki. Cały nasz dotychczasowy model rozwoju był oparty na szczególnych relacjach z Moskwą w zakresie dostaw surowców. To my, europejscy konsumenci, a zwłaszcza europejscy kierowcy - bo w minionych latach zdecydowanie największym źródłem dochodów Rosji był eksport ropy naftowej - sfinansowaliśmy zbrojenia Kremla. Teraz, nawet jeśli ustaną działania wojenne, ta uprzywilejowana rola Rosji już nie wróci, a przynajmniej wrócić nie powinna.
Co dalej? Po prostu zmienimy wektor dostaw? Ropę i gaz z Rosji zastąpią paliwa z Bliskiego Wschodu czy Ameryki?
Reklama
Alternatywnych kierunków importu, które mogłyby zastąpić Rosję, nie ma wiele. A w dodatku niemal każdy z nich rodzi podobne dylematy i kontrowersje jak Rosja. Mówimy przecież o Arabii Saudyjskiej, Katarze, Iranie, Wenezueli czy Azerbejdżanie, krajach bardzo odległych od demokratycznych wzorców i wartości.
Ale nawet gaz czy ropa z Norwegii czy USA nas nie zbawi. Wszystkie unijne rynki pukać będą do tych samych drzwi, co powodować będzie windowanie cen energii, bo pozycja do ich negocjowania przez poszczególnych uczestników tego wyścigu będzie żadna. Obecna drożyzna to początek nowej normalności na światowych rynkach surowcowych.

Reklama
Jaka jest alternatywa? Przyspieszenie odchodzenia od paliw kopalnych w ogóle?
Niewątpliwie w tych okolicznościach zielone technologie takie jak OZE czy pojazdy elektryczne będą zyskiwać na atrakcyjności. Dekarbonizacja w coraz większym stopniu staje się naszą racją stanu nie tylko z punktu widzenia ochrony klimatu, lecz także gospodarczej konkurencyjności.
Część rządu formułuje raczej nadzieje, że wojna będzie pretekstem do poluzowania rygorów polityki klimatycznej - ograniczenia obciążeń związanych z systemem opłat za emisje CO2 czy wydłużenia pracy elektrowni węglowych.
Na tę strategię po prostu nas nie stać. Nawet po planowanej rewizji rządowa polityka energetyczna ma zakładać ponad 50 proc. węgla w miksie do 2040 r. To będzie nie do utrzymania, nawet nie z powodu cen CO2, tylko ze względu na presję przemysłu.
Myślę, że rząd już jest zalewany przez prośby firm choćby o uwolnienie energetyki wiatrowej z rygorów ustawy odległościowej. Bo nasza gospodarka już dziś dostaje zadyszki wobec konkurencji ze względu na ogromny ślad węglowy energetyki; już dziś omijają nas z tego powodu inwestycje w strategicznych branżach. Fabryka Tesli powstała pod Berlinem, fabryka baterii Northvolt - będzie na północy Szwecji. A wcale nie musieliśmy być w tej rywalizacji bez szans. Z tego samego powodu istniejące w Polsce zakłady są pomijane przy składaniu zamówień przez globalne koncerny. To oznacza, że jeżeli chcemy utrzymywać dotychczasowy poziom konkurencyjności, będziemy musieli się jak najszybciej dekarbonizować.
Słyszymy, że zniesienie zasady 10H, która określa minimalną odległość lądowych wiatraków od zabudowań mieszkalnych, jest już blisko. A premier mówił ostatnio o OZE jako narzędziu uwalniania się od zależności m.in. od wahań cen surowców, i to nie tylko rosyjskich.
To rząd PiS sparaliżował rozwój energetyki wiatrowej w 2016 r. Zmiana przepisów, jak pokazują doświadczenia z innymi projektami, może nastąpić nawet w ciągu jednego dnia. A mamy już 53. dzień wojny, tymczasem zapowiadanej liberalizacji ustawy odległościowej wciąż nie udało się przyjąć.
A to niejedyna nasza zaległość. Kolejną jest Krajowy Plan Odbudowy i nie mam tu na myśli porozumienia z Komisją Europejską w sprawie praworządności, które doprowadziłoby do odblokowania tych środków, choć jest to oczywiście konieczne. Powinniśmy wykorzystać obecny czas na to, żeby wprowadzić w KPO zmiany związane z wojną i koniecznością znacznie szybszego niż zakładano rugowania zależności od surowców ze Wschodu. Te pieniądze powinny jak najszybciej zacząć pracować na rozwój OZE czy pomp ciepła albo na konwersję transportu miejskiego na rozwiązania zeroemisyjne, a nie np. na budowę Centralnego Portu Lotniczego - w czasie, kiedy transport lotniczy ma być w Europie ograniczany ze względów klimatycznych. A zamiast o odblokowaniu środków z KPO dla Polski powinniśmy rozmawiać dziś w Brukseli o uruchomieniu kolejnego wielkiego programu, o Funduszu Odbudowy 2.0, który pomógłby krajom Unii Europejskiej sfinansować odchodzenie od rosyjskich surowców kopalnych.
Rząd liczy na to, że wojna przyczyni się do renesansu energetyki jądrowej. Do polityki energetycznej ma zostać wprowadzony „mały atom” - jako rozwiązanie dla przemysłu, ciepłownictwa, a lokalnie także wytwarzania prądu. Słusznie?
Mam nadzieję, że Niemcy, którzy planują wygasić swoje ostatnie reaktory do końca roku, zrewidują tę decyzję. I zgadzam się, że atom może mieć istotniejsze miejsce w miksie energetycznym przyszłości, niż wydawało nam się jeszcze dwa miesiące temu. Ale musimy zdawać sobie sprawę, że decyzje, które zapadają w Polsce dzisiaj, to inwestycja w długi horyzont czasowy, a nie rozwiązanie dla problemów, z którymi będziemy się zmagać w najbliższych latach. Jednostki jądrowe nie pomogą nam uporać się ze starzejącym się parkiem elektrowni węglowych czy niedoinwestowanym sektorem OZE. Nie ma możliwości, żeby - w istniejących realiach rynkowych - doprowadzić do wybudowania reaktora, choćby nawet małego, w pięć lat.
Coraz więcej państw UE popiera postulowane przez Polskę sankcje, które mogą wymusić szybkie zastępowanie dostaw rosyjskich. Szef Rady Europejskiej Charles Michel powiedział ostatnio, że - po niedawnym przyjęciu embarga węglowego - objęcie restrykcjami także dostaw ropy i gazu to kwestia czasu. Co jeszcze możemy zrobić, żeby się na to przygotować?
Najprościej i najtaniej jest zwiększać efektywność energetyczną. Powinniśmy postawić na całą paletę rozwiązań tego typu. Wykorzystać czas przed kolejnym sezonem grzewczym na zmasowaną termomodernizację budynków. Zachęcać obywateli do oszczędzania energii przez obniżanie temperatury w domach czy obniżania prędkości jazdy na trasach szybkiego ruchu. Jesteśmy dużym rynkiem dla rosyjskich surowców i takie, pozornie skromne, działania mogą przynieść bardzo wymierne skutki. Ale musimy się też pogodzić z tym, że zmiany będą miały cenę. Kilkaset kilometrów od nas toczy się wojna, giną ludzie, a my musimy pilnie przestać tę wojnę finansować. Być może dobrym pomysłem, żeby zwiększyć poziom społecznej akceptacji tych kosztów, byłoby zorganizowanie okrągłego stołu do spraw derusyfikacji.
Ale z drugiej strony Polska w sferze uniezależniania się od dostaw rosyjskich zrobiła w ostatnich latach sporo i nie musi dziś, jak choćby Berlin, uruchamiać inwestycji w terminale LNG.
Jesteśmy w awangardzie, jeśli chodzi o retorykę. Ale wciąż brakuje mi konkretów, bez których deklaracje o derusyfikacji pozostają pustymi słowami. Czy Orlen, Lotos, PGNiG i inne spółki Skarbu Państwa dostały wytyczne dotyczące przygotowania strategii odejścia od importu z Rosji? I, jeśli tak, czy ta derusyfikacja sprowadzi się do wygaszenia istniejących kontraktów łączących nas z koncernami rosyjskimi, czy zagwarantowane zostanie, że nie będziemy korzystać z tamtejszych surowców także sprzedawanych przez pośredników w innych krajach? Chciałbym się też dowiedzieć, w jaki sposób plany te będą egzekwowane choćby w stosunku do tych aktywów, które przeszły ostatnio pod kontrolę węgierskiego MOL-a. Jak na to, żeby popadać w pełne samozadowolenie, to mamy w dalszym ciągu sporo prac domowych do odrobienia. ©℗
Rozmawiał Marceli Sommer
Rosyjskie LPG bez embarga
LPG - gaz płynny wykorzystywany m.in. jako paliwo silnikowe oraz w domowych butlach - nie będzie objęty zakazem importu z Rosji. To skutek odrzucenia przez Sejm poprawki Senatu do ustawy o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę. Poprawka miała rozszerzyć proponowane przez rząd embargo na rosyjski węgiel właśnie o LPG. Tej propozycji sprzeciwił się rząd.
Zdaniem wicepremiera i ministra aktywów państwowych Jacka Sasina oznaczałoby to odcięcie 3,5 mln użytkowników samochodów napędzanych autogazem możliwości tańszego tankowania. - Pozbawianie Polaków w tym czasie możliwości tankowania tańszego paliwa jest czymś okrutnym, szczególnie że dotyczy to Polaków mniej zamożnych. Przeważnie samochody, które są napędzane gazem, to samochody starszej generacji - mówił polityk. Rządzący podkreślają jednocześnie, że Polska wyeliminuje dostawy tego i innych paliw ze Wschodu do końca roku i przygotowuje infrastrukturę, aby to umożliwić. - LPG, czyli gaz używany przez ponad 3 mln użytkowników samochodów, a także do ogrzewania domów, będzie podlegał również tym samym ograniczeniom i restrykcjom, które zaproponowaliśmy wraz z radykalnym odejściem od węglowodorów - powiedział w zeszłym tygodniu premier Mateusz Morawiecki.
Stanowisko rządu idzie w poprzek postulatów części branży LPG, która podjęła wcześniej decyzję o wycofaniu się z kupowania rosyjskiego gazu na własną rękę (o czym pisaliśmy w DGP nr 65/2022 i 67/2022). Zdaniem prezesa jednej z takich firm, Gaspolu, nasz kraj, dzięki terminalom morskim na wybrzeżu Bałtyku oraz połączeniom kolejowym z portami na zachodzie Europy, jest już w pełni przygotowany do zablokowania rosyjskiego importu. Jak pisaliśmy w DGP na początku miesiąca, znacząca część rynku nadal zaopatrywała się jednak w paliwo z Rosji. Od początku wojny w Ukrainie do końca marca tylko jedna z platform zakupowych zarejestrowała transakcje polskich firm na zakup rosyjskiego paliwa o wartości prawie 100 mln zł. Efektem tej sytuacji jest „dwubiegunowość” rynku, bo rosyjskie LPG było w tym czasie sprzedawane wyraźnie taniej niż produkt z zachodniej Europy. Według Gaspolu embargo na surowiec z Rosji i Białorusi mogłoby uzdrowić tę sytuację.
Marcin Korolec, były minister środowiska, dyrektor Instytutu Zielonej Gospodarki, prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych / Dziennik Gazeta Prawna