Energa uznała 150 umów z farmami wiatrowymi za nieważne. 22 skierowała do sądu, reszcie kontrahentów chce narzucić swoje warunki. Sprawa dotyczy też spółek z grupy PGE.
Zdaniem prawników gdańskiej spółki kontrakty łamały ustawę – Prawo zamówień publicznych, bo podpisywane były bez przetargów. Energa skierowała do sądu 22 ze 150 umów, ponieważ zdaniem jej władz te są zawarte na najbardziej nierynkowych zasadach. Po sądowym unieważnieniu da się ponoć odzyskać ok. 600 mln zł wydanych na zielone certyfikaty w ciągu trzech ostatnich latach (starsze roszczenia się przedawniają). Oraz na zaoszczędzenie 2,1 mld zł. do końca trwania kontraktów, gdyby były one w mocy.
Reklama

Reklama
W przypadku pozostałych umów – choć Energa i tak uważa, że są nieważne – możliwe jest konwalidowanie, czyli współpraca na zasadach uznanych przez spółkę za rynkowe.
Na liście 22 są trzy umowy z PGE. Jak ustaliliśmy, w przypadku uznania przez sąd racji Energi PGE będzie musiała oddać kilkadziesiąt milionów złotych. Spółka nie komentuje sprawy.
To nie jedyny zgrzyt na linii Energa – PGE. Daniel Obajtek, prezes Energi, zasugerował, że Energa i PGE przepłaciły za zakup wiatraków od Donga i Iberdroli, które kilka lat temu wycofały się z Polski. – PGE nie komentuje przebiegu toczących się postępowań. Transakcja zakupu farm wiatrowych z 2013 r. jest objęta audytem wewnętrznym – mówi Maciej Szczepaniuk, rzecznik PGE. Jak ustalił DGP, zarząd PGE na przełomie 2016 i 2017 r. zawiadomił prokuraturę o możliwych nieprawidłowościach przy tej transakcji.
Oprócz umów z PGE do sądu trafiły kontrakty ze spółkami prywatnymi, w tym kilka z Wind Invest, której umowy wypowiedział już Tauron i która domaga się od niego wielomilionowych odszkodowań.
– To potężny cios dla wytwórców energii z wiatru. Wypowiedzenie tych umów jest zakwestionowaniem systemu zielonych certyfikatów (i de facto jego końcem) oraz podważeniem wiarygodności państwa kontrolującego spółki skarbu – mówi Michał Kaczerowski, prezes firmy Ambiens specjalizującej się w doradztwie środowiskowym. Jego zdaniem efektem takich działań będzie fala bankructw producentów energii z wiatru. – To niezrozumiałe w sytuacji rosnącego importu energii elektrycznej, braku nowych mocy odnawialnych, widma niezrealizowania unijnych celów – dodaje.
Według naszych rozmówców nie możemy sobie pozwalać na takie działania, gdy od Brukseli oczekujemy zgody na wprowadzenie rynku mocy (także dla kogeneracji), czyli możliwości płacenia producentom prądu zarówno za wytwarzanie, jak i większą gotowość do niego. Walczymy także z pakietem zimowym i planami zapisu w dyrektywach emisji CO2 na poziomie 550 g/1 kWh (niewykonalny limit dla instalacji węglowych).
Energa to kolejna firma, która podważyła zawierane kilka lat temu umowy długoterminowe z farmami wiatrowymi na zakup od nich zielonych certyfikatów. Świadectwa pochodzenia energii miały stanowić systemem wsparcia inwestycji w odnawialne źródła. Gdy umowy zawierano, certyfikaty kosztowały ok. 280 zł. Przez pięć lat potaniały o 90 proc., ale zapisana w kontraktach wysoka cena była praktycznie stała, bo możliwe były tylko niewielkie coroczne korekty.
Papiery taniały z powodu nadpodaży, a państwo – mimo zapowiedzi – nie przeprowadziło ich skupu. Firmy energetyczne traciły pieniądze, przepłacając, a w końcu straciły także cierpliwość. Pierwsza umowy wypowiedziała spółka z Grupy Tauron. Potem poznańska Enea – wypowiadając je innemu kontrolowanemu przez Skarb Państwa koncernowi, czyli PGE (sprawa w arbitrażu). PGE dotychczas nie wypowiedziała ich nikomu. Twierdzi, że zawierała je na lepszych warunkach niż pozostali i kontrakty z farmami wiatrowymi mają dla niej marginalne znaczenie.