Jeśli już rwiemy się do realizacji wielomiliardowych projektów, które będą sporym obciążeniem dla finansów państwa, to jak najwięcej pieniędzy powinno zostać w kraju. Na udziale w inwestycjach zarobią nasze firmy i pracownicy z Polski. Przy okazji urośnie potencjał krajowych przedsiębiorstw. A budżet zarobi na podatkach. Takie mniej więcej myślenie stoi za pomysłem „repolonizacji” gospodarki, o czym od prawie roku chętnie mówi premier Donald Tusk.

Repolonizacja gospodarki: co oznacza w praktyce dla dużych inwestycji

Nie jest pierwszy. O „repolonizacji” myślano już za rządów Prawa i Sprawiedliwości – wtedy była mowa przede wszystkim o kwestiach właścicielskich. Największym osiągnięciem było wykupienie kontroli nad Pekao, drugim co do wielkości bankiem w Polsce, z rąk pogrążonego wówczas w kłopotach włoskiego inwestora.

Obecny rząd chce szerszego podejścia. Planowane elektrownie jądrowe to projekty, przy których będzie mógł w największym stopniu wykazać się determinacją w „repolonizacji”. Nie przez przypadek jednym z elementów licytacji chętnych do wsparcia nas przy budowie atomówek zagranicznych graczy jest to, jak dużą część inwestycji pozwolą nam realizować naszymi własnymi rękami.

Ale sprawa nie jest prosta. Również nie przez przypadek określenie, co konkretnie rozumiemy przez „local content”, wciąż nie ma polskiej definicji (ma pojawić się lada moment). Na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, czy wystarczy jedna taka definicja. A gdy już będzie, z pewnością pojawią się kontrowersje wokół tego, jak liczyć poszczególne składniki „local contentu”.

Local content w energetyce jądrowej – dlaczego definicja jest tak ważna

Przy największych projektach, jak program atomowy, istotne są jednak również inne czynniki, które sprowadzają się do prostego: „polityka”. Na kimś zależy nam (państwu) bardziej niż na kimś innym. Mamy na względzie interesy szersze niż większe zyski polskich firm i wynikające z nich podatki. Rachunek jest wielowymiarowy, interesariuszy wielu, a ich interesy mocno zróżnicowane. W takiej sytuacji proces decyzyjny z definicji (nomen omen) nie będzie prosty ani przejrzysty. Co nie oznacza, że nie warto mu się przypatrywać. Ale ze świadomością, że decydować będzie nie tylko udział „local contentu”.