Jednym z celów ustawy sieciowej ma być walka z tzw. „projektami widmo” – projektami OZE, które mają wydane warunki przyłączenia lub podpisane umowy przyłączeniowe, ale nigdy nie powstają. Skąd wziął się ten problem?

Grzegorz Onichimowski, prezes zarządu, Polskie Sieci Elektroenergetyczne
ikona lupy />
Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych / fot. materiały prasowe / Newseria

Aby jakakolwiek inwestycja w odnawialne źródła energii czy centrum danych miała sens, musi zostać podłączona do sieci. Dynamiczny rozwój OZE wymaga od operatorów równie dynamicznej rozbudowy infrastruktury, aby móc przyłączać kolejne źródła. Prawo energetyczne – zarówno w Polsce, jak i w wielu krajach europejskich – pozwalało przez lata na składanie wniosków o przyłączenie z zasadzie bez ponoszenia istotnych kosztów, a w przypadku mniejszych systemów dystrybucyjnych nawet bez żadnych opłat.

W praktyce oznaczało to, że każdy mógł zadeklarować chęć podłączenia instalacji, a operator – PSE lub operatorzy systemów dystrybucyjnych – musiał sprawdzić możliwość przyłączenia i określić warunki, których ważność wynosiła 2 lata. Po podpisaniu umowy przyłączeniowej te zobowiązania były rozciągane na wiele lat w przyszłość. W przypadku projektów realizowanych, nie ma z tym żadnego problemu, moc przyłączeniowa jest dla nich zarezerwowana i czekamy na finalizację. Niestety duża część projektów nie była realizowana.

Muszę podkreślić, że na podstawie warunków i umów przyłączenia planujemy i rozbudowujemy sieć. A sieć nie jest z gumy. Według stanu na dziś moc planowanych źródeł OZE i magazynów posiadających warunki przyłączenia lub podpisane umowy przyłączeniowe dochodzi powoli do 200 GW. Liczba pozytywnie rozpatrzonych wniosków jest przez to ograniczona. W efekcie warunki przyłączenia stały się dobrem rzadkim, a ich posiadanie – wstępną gwarancją możliwości realizacji inwestycji. Rozpowszechniła się praktyka handlowania warunkami przyłączenia, które osiągały horrendalne ceny. To nie jest zdrowa sytuacja.

W ten sposób warunki przyłączenia stały się przedmiotem handlu?

Tak, a w międzyczasie zmieniły się warunki rynkowe. Na przykład wielkoskalowa fotowoltaika stała się mniej rentowna, więc część projektów przestała być opłacalna. A deweloperzy nie budują instalacji dla siebie – często przygotowują je z myślą o sprzedaży.

Przez lata trwał wyścig o warunki przyłączenia. Zdarzało się, że inwestor składał wnioski o przyłączenie tej samej instalacji w kilku różnych lokalizacjach, bo nic go to nie kosztowało, a zwiększało szanse na uzyskanie decyzji.

W efekcie wydaliśmy – my i operatorzy systemów dystrybucyjnych – tyle warunków przyłączenia, że gdyby wszystkie projekty powstały, mielibyśmy moce wystarczające do 2040 r. Powstał niestety ogromny chaos: nie wiemy, które projekty są realne, a które nigdy nie powstaną. To blokuje możliwość wydawania nowych warunków, nawet dla nowoczesnych, dobrze przygotowanych inwestycji. Dziś potencjalni inwestorzy nie mają możliwości zdecydowania o sposobie realizacji projektu, tzn. wyboru między samodzielnym rozwijaniu projektu lub zakupu gotowego projektu od wyspecjalizowanej firmy deweloperskiej. Dziś muszą takie projekty kupować, płacąc premie za dobro rzadkie, kiedy przecież warunki przyłączenia są wydawane bezkosztowo.

W Sejmie podał pan przykład spółki skarbu państwa, która za warunki przyłączenia zapłaciła 800 tys. zł. Takie spółki kupują same warunki przyłączenia czy całe projekty?

Nie chodzi tu wyłącznie o spółki Skarbu Państwa. Problem dotyczy wszystkich potencjalnie chętnych inwestorów, którzy wcześniej nie zapewnili sobie mocy przyłączeniowych. A deweloperzy sprzedają projekty na bardzo różnych etapach. Problem w tym, że płacenie kilkuset tysięcy euro czy nawet kilku milionów za teczkę dokumentów może wyglądać z zewnątrz podejrzanie – choć formalnie jest to legalny biznes.

Podczas prac komisji sejmowej niektórzy posłowie wręcz sugerowali, że handel warunkami przyłączenia powinien zainteresować służby.

Nie ma tu mowy o działalności nielegalnej. Development projektów OZE to legalny i potrzebny segment rynku. Problem w tym, że system wymknął się spod kontroli. Brakuje realnej alternatywy dla kupowania warunków przyłączenia, a inwestorom trudno przeprowadzić proces od zera.

Chciałbym podkreślić, że nie chcemy w żaden sposób uderzać w deweloperów. Ich praca może mieć bardzo dużą wartość, bo oni pomagają inwestorom zrealizować projekty, doprowadzając do od momentu pomysłu do gotowości rozpoczęcia budowy. Ale niestety dziś pod płaszczykiem deweloperki chowają się po prostu spekulanci, którzy sprzedają wyłącznie papierową teczkę, w której znajdują się wydane warunki przyłączenia.

Czy można dziś odróżnić dewelopera od spekulanta?

Każdy deweloper może mieć w portfelu różne projekty. Jeszcze raz podkreślam, że nie chodzi o piętnowanie kogokolwiek – nie ma tu działań sprzecznych z prawem. Stworzyliśmy jednak dobro rzadkie, na którym część podmiotów zarabia. Mają do tego prawo. Problem w tym, że spowalnia to transformację energetyczną i generuje ogromne koszty rozbudowy sieci pod projekty, które nigdy nie powstaną.

Warto zauważyć, że nawet deweloperzy krytykujący ustawę deklarują poparcie dla jej celu. Tylko chcieliby, aby nowe zasady nie obejmowały projektów z już wydanymi warunkami. To jednak tworzyłoby sytuację, gdzie stare warunki przyłączenia byłyby znacznie cenniejsze niż nowe, obciążone dodatkowymi wymogami. Nie możemy do tego dopuścić.

Czy pojedynczy deweloperzy posiadają znaczącą część wydanych warunków przyłączenia?

Tak. Obecnie kilkanaście podmiotów kontroluje ponad połowę wszystkich wydanych warunków i umów przyłączeniowych. Najwięksi deweloperzy mają szafy pełne projektów, z których realnych jest może 10-20 proc. Reszta to projekty, które często są średnio sensowne, składane „na wszelki wypadek”. Jeśli stacja elektroenergetyczna jest daleko od lokalizacji źródeł wytwórczych, inwestycja taka ma ograniczone szanse realizacji. Ale w dzisiejszym otoczeniu prawnym zawsze można złożyć wniosek, a nuż znajdzie się ktoś, kto kupi taki projekt, gdy na rynku brakuje warunków przyłączenia.

Krytycy ustawy twierdzą, że może ona doprowadzić do konsolidacji rynku i utrudnić życie mniejszym podmiotom, którym trudniej nagle wpłacić wyższe kwoty zaliczek i zabezpieczeń.

Nie zgadzam się z tym. Duże, międzynarodowe korporacje działają podobnie: przygotowują setki projektów na papierze, a realizują kilkanaście. To, że blokują sieć w wielu krajach jednocześnie, nie stanowi dla nich problemu.

Zaliczki i zabezpieczenia i tak są częścią kosztów projektu – zmienia się jedynie moment ich poniesienia. Koszt przyłączenia, które musi być zapłacony przez inwestora, tak czy inaczej zawsze musi odzwierciedlać realne koszty przyłącza po stronie operatora.

To może być problem dla mniejszych inwestorów, którzy zakładali, że zapłacą te setki tysięcy albo miliony złotych później.

Mówimy o inwestycjach, które i tak wymagają ogromnych nakładów. Samo przyłącze do sieci 400 kV to co najmniej 25 mln zł, a do sieci 100 kV – około 20 mln zł. To nie jest zabawa dla ludzi, którzy mają dziury w kieszeniach. Aby doprowadzić projekt choćby do etapu „ready to build”, trzeba dysponować znacznymi kwotami.

Zgadzam się jednak, że wejście ustawy w życie może spowodować przecenę projektów – część deweloperów będzie sprzedawać je taniej, by odzyskać choć część środków przed utratą warunków przyłączenia.

Musimy tu jednak kierować się dobrem publicznym: potrzebą przeprowadzenia transformacji energetycznej. Nie możemy rozbudowywać sieci w nieskończoność – dwa, trzy czy pięć razy bardziej, niż wymaga tego system. To są koszty ponoszone przez wszystkich odbiorców.

Ustawa sieciowa uprości realizację projektów OZE?

Taki jest cel. Cyfryzacja procesu składania wniosków o warunki przyłączenia, zmniejszenie kolejki, eliminacja projektów zombie, itd. Generalne usprawnienie procesu.

Ale sama ustawa nie wystarczy. Musimy przede wszystkim znieść bariery administracyjne i środowiskowe, które dziś blokują inwestycje. W Niemczech budowa farmy wiatrowej trwa trzy lata, w Polsce – siedem, osiem, a czasem dłużej. Tymczasem elektrownie gazowe wspierane w ramach rynku mocy mają powstać w pięć lat. To absurd, że stosunkowo proste projekty OZE realizuje się dłużej niż ogromne, skomplikowane inwestycje w duże bloki gazowe.

Część inwestorów OZE już dziś mówi, że może nie zdążyć uzyskać pozwolenia na budowę w ciągu sześciu lat. Tymczasem jeśli nie skrócimy procesu do dwóch–trzech lat, czekają nas poważne problemy gospodarcze.

To wszystko wpływa na koszt energii. W przypadku OZE głównym kosztem jest budowa instalacji, ale coraz większą część stan

owią koszty developmentu. To pokazuje, że zabrnęliśmy w złą stronę. Patologie narosły w wielu obszarach rynku energetycznego – zacznijmy jednak od ustawy sieciowej.

Rozmawiała Aleksandra Hołownia