Po roku rządów PiS branża energii odnawialnej ma mieszane uczucia, z przewagą tych złych. Wiatraki wpadły w tarapaty, biogazownie i współspalanie biomasy z węglem mają się lepiej. Oto nasz alfabet kłopotów OZE.
Administracja. Problemem farm wiatrowych jest definicja budowli. W zapisach ustawowych nie ma jednoznaczności: czy budowlą, jak dotychczas, jest tylko fundament i wieża, czy także np. turbina. Ma to znaczenie, bo ta ostatnia jest najdroższa, a podatek płaci się od wartości. Jeśli gminy pobierające opłaty będą interpretować ustawę w ten drugi sposób (a zdaniem ekspertów to prawdopodobne), farmy wiatrowe mogą płacić około cztery razy wyższy podatek niż dotychczas.
Bankructwo przedsiębiorców, którzy postawili na OZE, to od 2017 r. realne zagrożenie, m.in. w branży wiatrowej po wprowadzeniu w życie tzw. ustawy odległościowej, zwanej antywiatrakową (patrz O). To głównie kłopot małych graczy, ale dużych też dotknie (np. Tauron rozważa zbycie aktywów wiatrowych).
Certyfikaty zielone, czyli prawa majątkowe poświadczające wyprodukowanie energii z OZE. Dziś ich ceny oscylują wokół 40 zł, a nie ok. 250 zł, jak zakładano, tworząc system. To efekt nadpodaży wynikającej m.in. ze zwiększenia współspalania biomasy z węglem (to też zalicza się do OZE). Nadpodaż ta na koniec 2016 r. szacowana jest na 3 TWh. To dużo (roczna produkcja energii w Polsce to 160 TWh), stąd tak duże spadki cen certyfikatów.
Reklama
Działania inwestycyjne w branży OZE są wstrzymane. – Do uruchomienia są projekty farm wiatrowych o mocy 3–4 GW, które wciąż leżą w segregatorach. Za chwilę stracą ważność pozwolenia na budowę – ocenia Michał Kaczerowski, prezes i właściciel firmy Ambiens zajmującej się doradztwem środowiskowym. 4 GW mocy to ok. 10 proc. wszystkich mocy zainstalowanych dziś w kraju.

Reklama
Efektywność OZE rośnie. Tyle że przepisy paradoksalnie jej nie promują. Ustawa wprowadziła zasadę tzw. 10H (patrz – O), która nie pozwala poprawić efektywności wielu istniejących lądowych farm wiatrowych. Być może jednak wreszcie pojawią się wiatraki na Bałtyku. – Koszty inwestycji w morskie elektrownie wiatrowe spadają, w ciągu ostatniego półrocza o ponad 1/5. Zachodnie kraje UE wybudowały ponad 11 GW takich mocy, prognozy mówią o możliwości powstania w Europie do 2030 r. morskich wiatraków o mocy ponad 98 GW – mówi Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.
Fotowoltaika – i to mimo niechęci PiS do OZE – obok biogazu ma się nieźle, choć na pewno proponowane przez rząd ceny referencyjne na aukcjach mogłyby być wyższe (zaoferowane ceny za sprzedaż energii nie mogą być wyższe niż maksymalne, wskazane przez rząd). Właściciele projektów, które zostaną objęte wsparciem na podstawie aukcji, otrzymają 15-letnią gwarancję sprzedaży energii po zaoferowanej w aukcji cenie, która będzie co roku zwiększana o wskaźnik inflacji.
Główni gracze – spółki energetyczne kontrolowane przez Skarb Państwa – zawiodły w batalii o ustawę odległościową; trudno im się było postawić właścicielowi.
Hamulce, czyli brak wizji, decyzji i pomysłu. Resort energii nie potrafi określić, które inwestycje są priorytetowe.
Inwestorzy nie mogą uruchamiać nowych projektów. Brak decyzji o nowych przedsięwzięciach może skutkować niezrealizowaniem unijnych celów na 2020 r., kiedy m.in. 20 proc. energii ma pochodzić z OZE.
Jądrowa elektrownia nie powinna być alternatywą dla OZE, bo jej budowa będzie trudniejsza, droższa i potrwa dłużej.
Kapitał zagraniczny odpływa z Polski, zagraniczni gracze wycofali się i z lądowych, i z morskich farm wiatrowych. Trudno będzie ich zachęcić do powrotu.
Legislacja. Rządowi łatwiej jest podjąć decyzję w przypadku energetyki konwencjonalnej niż w przypadku OZE, gdzie tworzenie prawa trwa dłużej.
Miks energetyczny Polski, czyli struktura produkcji energii, to wielka niewiadoma. Rząd PiS podkreśla priorytetową rolę węgla, ale nie ma wizji, jakie inne źródła mają go uzupełniać, choć prądu z węgla produkujemy mniej niż dawniej (dziś 83 proc., kilka lat temu nawet 95 proc.).
Nacjonalizacja energetyki, także odnawialnej. Kontrolowane przez państwo spółki energetyczne kupowały farmy wiatrowe od koncernów zagranicznych wycofujących się z Polski.
Odległość wiatraków od zabudowań, czyli 10 H z ustawy wiatrakowej. Nowe wiatraki nie mogą być budowane bliżej niż dziesięciokrotność ich całkowitej wysokości. Większość istniejących farm wiatrowych w Polsce nie spełnia tych warunków. One nie będą mogły być rozbudowywane, co oznacza też brak możliwości tzw. repoweringu – wymiany turbin na bardziej efektywne, tylko remontowane, a w ich miejscu nie powstaną potem nowe, co doprowadzi do zmniejszenia mocy wiatrowej w Polsce (obecnie zainstalowana w wietrze to ponad 8 GW). Ustawą zajmie się teraz Trybunał Konstytucyjny.
Prosument (producent i konsument energii w jednym) według PiS nie powinien zarabiać na nadwyżkach produkowanego przez siebie prądu, ale przekazywać je do sieci. A wiele osób, instalując np. panele fotowoltaiczne, liczyło na zarobek.
Rentowność projektów OZE maleje m.in. przez spadek cen zielonych certyfikatów (patrz – C).
Samorząd traci decyzyjność. Jeśli gmina chciałaby mieć na swoim terenie farmę wiatrową, ale nie spełnia ona warunków odległościowych, nie będzie to możliwe.
Technologie OZE rozwijają się szybko. Problemem jest brak magazynów energii, ale i one zaczynają działać. Są też niemal kosmiczne pomysły. Na przykład GE testuje w Niemczech elektrownię szczytowo-pompową w środku wiatraka – gdy wieje, pompuje wodę do góry, a gdy przestaje wiać, prąd produkowany jest ze spadającej wody.
Ustawa o OZE znowelizowana w 2016 r. faworyzuje współspalanie biomasy z węglem i biogazownie.
Węgiel nie wyklucza OZE (i na odwrót), jednak kiedyś się skończy. Mimo to stawiamy na wielkie bloki konwencjonalne nastawione na pracę przez kilkadziesiąt lat. – Powinniśmy korzystać z surowców naturalnych, jakie mamy, ale i uczyć się OZE, to najlepszy czas – mówi Kaczerowski.
Zwolnienia: specjaliści branży OZE tracą pracę. Dotyczy to i polskich, i zagranicznych firm. Zwalniają deweloperzy, inwestorzy i konsultanci.