Sejm nie zdąży uchwalić do końca kadencji ustawy o jednorazowych dodatkach dla emerytów. Czy wejdą w życie, okaże się po wyborach.
Ustawa dopiero przedwczoraj weszła na drogę legislacji. Została rozesłana do konsultacji, które mają potrwać trzy tygodnie. To minimalny termin na ocenę projektów rządowych przez partnerów społecznych. Dopiero po konsultacjach projekt trafi pod obrady Komitetu Stałego Rady Ministrów, a potem na rząd. Taki terminarz powoduje, że rząd będzie się mógł nim zająć najwcześniej na posiedzeniu 13 października, o ile wcześniej błyskawicznie uwagi zostaną zaopiniowane i projekt przejdzie przez Komitet Stały. Tymczasem ostatnie w tej kadencji posiedzenie Sejmu zaplanowano na 8–10 października. Więc posłowie nie zapoznają się nawet z projektem. Oczywiście marszałek Sejmu może zarządzić dodatkowe posiedzenie, ale nic na to nie wskazuje.
Koalicja mogła wybrać szybszą drogę i zgłosić projekt jako poselski. Wtedy mógłby być uchwalony przed końcem kadencji, ale się na to nie zdecydowała. Tego typu projekty to typowe inicjatywy rządowe z uwagi na duże skutki budżetowe. Z drugiej strony, jak pokazały losy ustawy frankowej w Sejmie, koalicja traci kontrolę nad przyjmowanym prawem. I gdyby ustawa była uchwalana na finiszu kampanii wyborczej, to mogłoby się okazać, że dodatki zostaną zwielokrotnione bez względu na możliwości budżetu i trzeba będzie się z pomysłu wycofać. Jeszcze w czerwcu rozważano pomysł, by dodatki uchwalono w tej kadencji, a w takim razie decyzja powinna zapaść w lipcu lub sierpniu. Tymczasem zapadła dopiero po 6 września, a wówczas było już późno. To oznacza, że rząd zostawi ustawę w formie projektu, podobnie jak budżet, i oba ulegną zasadzie dyskontynuacji, czyli z końcem kadencji przestaną być procedowane. Nowy rząd będzie musiał je ponownie zgłosić. Jeśli będzie to ponownie rząd koalicji PO–PSL, nawet z innymi koalicjantami, zapewne tak się stanie.