342 tys. osób zatrudnionych na etatach zarabiało w ubiegłym roku przynajmniej 10 tys. zł miesięcznie. Ich liczba stale rośnie, pensje również. Likwidacja zasady, że nie odprowadza się składek od wysokich zarobków, sprawiłaby, że budżet mniej dopłacałby do emerytur.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych policzył, ile w 2016 r. kosztowała go tzw. trzydziestokrotność (zasada, która pozwala pracodawcy przestać odprowadzać składki na ZUS od pracownika, który w ciągu roku zarabia minimum trzydzieści razy więcej niż wynosi średnia krajowa). Osób, które w ubiegłym roku przekroczyły ten próg było 342 tys. – o 10 tys. więcej niż rok wcześniej. To oznacza wzrost o 3 proc.

Znacznie bardziej imponujący jest skok zarobków tych osób – ich pensje poszły w górę o 10 proc. (dla porównania średnie wynagrodzenie w całej gospodarce wzrosło w ubiegłym roku o 3,8 proc.). Wiadomo to, bo ZUS podał również stratę, jaką poniósł przez trzydziestokrotność – wyniosła ok. 6,8 mld zł. To oznacza, że średnia korzyść, jaką odnieśli beneficjenci, wyniosła prawie 20 tys. zł (takiej kwoty składek od nich nie odprowadzono). To rekord.