W skrócie wszystkie te argumenty sprowadzają się do jednej myśli przewodniej: Polacy są biedni. Skoro więc ktoś kupił stare, kopcące auto za 2 tys. zł, to nie godzi się, by wymuszać na nim 5 tys. zł kary. Byłaby to bowiem sankcja za bycie biednym. Jak na ironię, argumenty te padają z ust rządzących – po trzech latach proklamowanego prosperity, uszczelniania VAT-owskiej dziury i rozbrajania gospodarczych mafii.

Ale mają też dużo racji. Nie stać nas na wprowadzanie rozwiązań, które – jak zaproponowana przez opozycję poprawka windująca kary za jeżdżenie dieslem z wyciętym filtrem DPF z 500 do 5 tys. zł – z miejsca wykluczą z ruchu setki tysięcy. To, jak argumentowali posłowie PiS i Kukiz’15, oznaczałoby nie tyle rozjuszenie kierowców, ile paraliż komunikacyjny w kraju.

Problem w tym, że to tylko fragment bardziej złożonej układanki. Bo nie stać nas również na to, by zapełniać szpitalne sale tysiącami chorych, których płuca cierpią z powodu zanieczyszczeń powietrza. Nie stać nas na – wyceniane na kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie – leczenie pacjentów onkologicznych.

Takie argumenty padają z kolei ze strony aktywistów i ekologów. Należy do nich dodać jeszcze jeden: że brakuje woli politycznej, by systemowo rozwiązać problem smogu.

Szkopuł w tym, że obie strony grają pod publiczkę. Rządzący, twierdząc, że „trzeba dbać o najbiedniejszych, zachować umiar i wyważyć interesy ekonomiczne z ekologicznymi”. Ci drudzy, przekonując, że rząd nie interesuje się zdrowiem Polaków i dba tylko o głosy wyborców.

Rację mają jednak ci, którzy zwracają uwagę, że kary trzeba też egzekwować i to jest obecnie największe wyzwanie, bo to system kontroli pojazdów zawodzi. Nie ma przecież znaczenia, czy kara wynosi 500 zł czy 50 tys. zł, dopóki policja nie ma nawet czym dokładnie zbadać pojazdu. Zreformować transport zbiorowy, by ludzie w ogóle nie musieli rozważać kupna samochodu, bo wszędzie mogliby dojechać komunikacją – to jest dopiero wyzwanie. Dużo trudniejsze i mniej medialne niż jakiekolwiek dyskusje o karach.