Przegrywamy z unijnymi pomysłami dotyczącymi zmian w systemie handlu CO2. Wczoraj w Brukseli nie udało się Polsce złagodzić stanowiska UE w tej sprawie.
Reklama
Rada Unii Europejskiej ds. środowiska zajmowała się wczoraj projektem zmian w unijnym handlu emisjami, czyli EU ETS, przegłosowanym już 15 lutego przez Parlament Europejski. Po godzinie 18 debata została zamknięta, ale niezakończona. Propozycje dyskutowane będą w tzw. trilogu, czyli trójstronnych rozmowach Komisji Europejskiej, Rady UE i Parlamentu Europejskiego.

Reklama
Proponowane zmiany nie są dla Polski korzystne, a naszych propozycji łagodniejszych rozwiązań nie udało się przeforsować. Przyszłość handlu emisjami dla naszej gospodarki opartej na węglu (ponad 80 proc. energii elektrycznej produkujemy z tego surowca) jest ważna ze względu na koszty. Przyjęcie lansowanych przez Brukselę rozwiązań może bowiem sprawić, że tona uprawnień do emisji CO2 wzrośnie z obecnych ok. 5 euro do ok. 15 euro w 2020 r., a nawet 30 euro w 2030 r. Darmowych praw do emisji będzie znacznie mniej niż dotychczas. Chodzi m.in. o propozycję zdjęcia z rynku praw do emisji 800 mln ton CO2 od 2021 r. oraz zmiany zasad kwalifikowania do członkostwa w Funduszu Modernizacyjnym dla państw najbardziej uzależnionych od paliw kopalnych. Dotychczas punktem odniesienia był rok 2013 (teraz ma to być 2014 lub 2015), gdy kwalifikowało się tam 10 państw, teraz być może będzie ich nawet 12 (mogą dojść Grecja i Portugalia), a pula środków ma nie ulegać zwiększeniu. To zła wiadomość dla Polski, która jest jednym z głównych beneficjentów funduszu. Dlatego polski sektor elektroenergetyczny domaga się zwiększenia Funduszu Modernizacyjnego z 2 do 4 proc. wszystkich uprawnień w UE.
Polskę niepokoi także planowany sposób zarządzania funduszem – beneficjenci nie będą mieć decydującego głosu w zakresie wyboru projektów nim objętych. Środkami mają współzarządzać państwa, które nie są uprawnione do korzystania z niego, oraz Europejski Bank Inwestycyjny. Strona polska starała się więc o wprowadzenie wyłącznej decyzyjności państw-beneficjentów w dysponowaniu swoim udziałem w Funduszu Modernizacyjnym – analogicznie do funduszy strukturalnych UE.
– Takie propozycje będą miały daleko idące konsekwencje nie tylko dla Polski, ale i całej UE. W kolejnym okresie rozliczeniowym (2021–2030) doprowadzą do dodatkowych inwestycji modernizacyjnych i zwiększą koszty operacyjne wytwórców energii elektrycznej – mówi Jacek Krzemiński, rzecznik Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej zrzeszającego polskie przedsiębiorstwa energetyczne. – Będzie to skutkować przede wszystkim wzrostem cen energii elektrycznej dla odbiorców końcowych. Nie tylko dla gospodarstw domowych, ale i odbiorców przemysłowych, co z kolei spowoduje spadek konkurencyjności mniej zamożnych państw członkowskich – tłumaczy.
– Polska przywiązuje wielką wagę do polityki klimatycznej, widząc w niej szanse na zrównoważony rozwój Europy i świata. Polska jako jedno z niewielu państw spełniła założenia protokołu z Kioto i dokonała redukcji emisji z wyraźną nadwyżką przy jednoczesnym wzroście gospodarczym – powiedział uczestniczący we wczorajszych obradach Rady UE minister środowiska Jan Szyszko, przypominając jednocześnie, że EU ETS obejmuje tylko 4 proc. globalnej emisji dwutlenku węgla. Minister środowiska do ostatniego momentu debaty podważał stanowisko Rady UE ds. środowiska. Na koniec powiedział, że „Polska czuje się – delikatnie mówiąc – oszukana. Rada Europejska 15 grudnia zdecydowała, że Polska ma swobodę w określaniu miksu energetycznego”. A unijne propozycje dotyczące EU ETS dyskryminują energetykę węglową.

Można spalać odpady i nie zanieczyszczać środowiska

Rząd chce walczyć ze smogiem, dofinansowując wymianę „kopciuchów” na nowoczesne kotły klasy piątej. Piec takiej generacji kosztuje 8–12 tys. zł. Z montażem i dodatkowym wyposażeniem cena może dojść do 20 tys. zł. Wymóg podstawowy to paliwo o wysokiej wartości opałowej, którego w Polsce nie ma zbyt wiele, więc wiązałoby się to z koniecznością większego importu, o czym informował DGP.

W Katowicach przedstawiono wczoraj alternatywny pomysł, opracowany przez Instytut Maszyn Przepływowych PAN. – Spalanie węgla wprost w piecach to marnotrawstwo z punktu widzenia jakości tego paliwa – mówi prof. Dariusz Kardaś, kierownik Ośrodka Przepływów i Spalania w Instytucie Maszyn Przepływowych PAN w Gdańsku. – Używa się paliwa, które daje bardzo wysoką temperaturę spalania, by ogrzać pomieszczenia do 20 st. C. O wiele rozsądniejsze jest wykorzystanie węgla do produkcji energii elektrycznej i ciepła. Zasada jest ta sama, co w elektrociepłowni – tłumaczy. I przekonuje, że zaprojektowane i działające w instytucie urządzenia można zamontować w piwnicy czy kontenerze.

Chodzi o kocioł nowej konstrukcji, mogący spalać niemal każdy rodzaj paliwa w wysokiej temperaturze, uzupełniony o niewielki elektrofiltr. Przy użyciu tej samej ilości paliwa stałego (węgla, drewna, biomasy, a nawet odpadów) instalacja dostarcza potrzebne ciepło oraz energię elektryczną. W przypadku zastosowania rozwiązania z użyciem elektrofiltrów zakaz spalania węgli najgorszej jakości, jaki planuje rząd, nie byłby konieczny, bo paliwo do produkcji prądu i ciepła byłoby lepiej wykorzystane, a więc emisja zanieczyszczeń przyczyniających się do powstania smogu byłaby niższa. – Odwróciliśmy kierunek myślenia. Zamiast domagać się paliw do konkretnych kotłów, pokazaliśmy, jak spalać to, co mamy – podsumowuje prof. Kardaś.