Kiedy jeszcze do szkoły chodziły moje własne dzieci, nie byłem, jak mi się zdaje, rodzicem postępowym. Seks w szkole ograniczałbym do lekcji biologii, a lekcje, podczas których chłopaki nakładałyby sukienki, by mieć impuls do refleksji nad wyborem własnej drogi życiowej, ograniczałbym do zajęć bardzo pozaszkolnych. Tyle że dzisiaj świat dzieci i młodzieży wymknął się rodzicom. Spór o obowiązkowość edukacji „zdrowotnej” jest sporem z poprzednich sezonów. „Świństwa”, o których uczenie oskarżył resort były minister edukacji, Przemysław Czarnek, nawet gdyby były w szkole uczone, byłyby niczym w porównaniu ze świństwami, które przeciętny piątoklasista wnosi codziennie do szkoły – wraz ze swoim smartfonem, który najprawdopodobniej dostał na urodziny od kochających rodziców.
Edukacja zdrowotna- przedmiot na pół gwizdka
No właśnie. Jeżeli jest jakaś poruszająca nutka wokół „edukacji zdrowotnej”, to taka, że wprowadzenia tego przedmiotu nie żądali od ministerstwa rodzice. W konsekwencji to przedmiot na pół gwizdka, który przykryje szkolna rutyna. Bo program wielu przedmiotów jest przeładowany i przedmioty tzw. dziwne (wychowanie obywatelskie, przedsiębiorczość, plastyka, religia itd.) zawsze spadają do drugiej ligi. Nie pomoże w poważnym traktowaniu nowego przedmiotu fakt, że wskutek gromkich deklaracji PiS nowy może być on pierwszym do likwidacji po nowych wyborach – jak zdarzyło się to Historii i Teraźniejszości, jedynej może cennej innowacji w szkole przeprowadzonej przez PiS.
Tak, przedmiot będący oczkiem w głowie pani ministry jest wprowadzany tak, jak zwykle wprowadza się w Polsce zmiany edukacyjne – odgórnie.
Minister edukacji jak menadżer, nauczyciele jak robotnicy
Wielokrotnie wielu znawców ubolewało nad tym, że kolejni włodarze ministerstwa edukacji nie podejmują się roli liderów, lecz właścicieli firmy. Lider przede wszystkim dba o to, co już dzieje się dobrego w firmie i swoją aktywnością stara się nadać energii już istniejącemu, zmienionemu kursowi. Właściciel zbiera menedżerów, dyktuje im światłe pomysły, a ci mają wprowadzić je w życie. W tej pierwszej wizji nauczyciele są tym zarządzanym przedsiębiorstwem, w tej drugiej są jej robotnikami.
Będąc realistą, trzeba uznać, że model zarządzania poprzez wymyślanie przez mądrą górę nowych, światłych rozporządzeń trwa i będzie trwać. Niewielki zapał rodziców do zajmowania się edukacją „tak w ogóle”, a nie tylko edukacją własnych dzieci, powoduje, że nawet trudno byłoby dzisiaj o wspólną, rodzicielsko-ministerialną krucjatę „zdrowotną”, „obywatelską” czy „smartfonową”. Niespecjalnie też do roli współpracownika ministerstwa garną się związki zawodowe, wciąż najważniejsza organizacja reprezentująca świat szkolnej pracy.
Spór o edukację zdrowotną dla szkoły jałowy, dla polityków pożyteczny
Zostaje zatem, jak zawsze, coś wymyślić w MEN, a potem coś wprowadzić. Ten modus operandi ma swoje koszty: kiedy „coś” porusza jakąś nutę w społeczeństwie, może się zdarzyć, że pociąg ze zmianami staje. Tak będzie, jak się zdaje, z projektem wyzwolenia szkoły z prac domowych. Nieoczekiwanie wyszło na to, że ludzie chcą, by ich dzieci odrabiały prace domowe (z czego najbardziej cieszą się chyba twórcy sztucznej inteligencji, bo zarówno produkcja, jak i sprawdzanie prac domowych nieuchronnie znajdą się w łapach AI). W wypadku edukacji zdrowotnej sprzeciwu wobec komponentu „zdrowie seksualne” można się było nawet spodziewać. Tyle że taki sprzeciw, chociaż dla szkoły jałowy i bzdurny, dla politycznych starć jest pożyteczny. Tu postępowi edukatorzy, tam Ciemnogród – jest bach!, szafa gra.
Nie ma jednak wątpliwości, że świat młodych jest światem, jak w konserwatywnej bajce, bardzo wielu zagrożeń związanych z przebodźcowaniem. Ochrona dzieci i młodzieży powinna być priorytetem rodziców, szkół, ministerstwa i wreszcie po prostu polityków. Edukacja prowadzona konsekwentnie, ale ze zmienną podstawą programową - bo świat tak szybko się zmienia – i w warunkach nieustannie ucieranego kompromisu co do zakresu i metod, jest wielokrotnie bardziej potrzebna niż inne przedmioty.