Kilka lat temu „Polityka” zdiagnozowała toczącą polskie organizacje pozarządowe groźną chorobę – grantozę. W skrócie: jak skolioza wypacza kręgosłup, tak grantoza miała wypaczać system pozyskiwania środków przez organizacje pozarządowe. Najpoważniejsze objawy to: powstanie wyspecjalizowanych agend zajmujących się pozyskiwaniem pieniędzy w zamian za procent wartości napisanego grantu czy faktyczne zablokowanie możliwości ubiegania się o środki dla niewielkich organizacji, które nie są w stanie spełnić biurokratycznych wymogów związanych z procesem aplikacji.
Najboleśniejszy jest jednak inny objaw. Im bardziej organizacje uzależniają się od grantów, tym częściej rezygnują ze swoich podstawowych celów, żeby tylko zdobyć pieniądze. Zamiast zwracać uwagę na potrzeby społeczności, której służą, dopasowują swoje działania do celów konkursu, zamieniając się w wyspecjalizowane maszynki do przerabiania środków z budżetu grantodawcy. Dobre pomysły są przycinane pod szablon, który zrozumie przyznająca je komisja. To z kolei ogranicza liczbę naprawdę nowatorskich rozwiązań. A także de facto uniemożliwia rozwiązywanie problemów wystających ponad warunki konkursów. Mechanizm leżący u podstaw tego zjawiska jest bardzo prosty – cele celami, ale utrzymać się trzeba.
Z punktu widzenia tego, który pieniądze rozdaje, zarażenie organizacji grantozą to bardzo efektywny sposób realizacji własnych zamierzeń. Wystarczy tylko zabudżetować odpowiednie środki i skonstruować odpowiedni konkurs, by zapewnić sobie rozpoznawalność, promocję lub odhaczyć odpowiednie pozycje ze strategii CSR. Co więcej, da się osiągnąć te cele cudzymi rękami, po prostu rozliczając innych z efektów. A że dla organizacji pozarządowej oznacza to rezygnację z nadrzędnych wobec grantu wartości? To już nie nasz problem.