- Chcemy wprowadzić w edukacji rozwiązanie podobne do portalu podatnika czy konta pacjenta. To rozwiązanie na lata, niezależnie od tego, kto wygra wybory - mówi Antoni Rytel, pełnomocnik szefa MEiN ds. transformacji cyfrowej i wicedyrektor programu GovTech Polska.

ikona lupy />
Antoni Rytel, pełnomocnik szefa MEiN ds. transformacji cyfrowej i wicedyrektor programu GovTech Polska / Materiały prasowe / fot. mat. prasowe

Dlaczego pana poprzedniczka, Justyna Orłowska, zrezygnowała ze stanowiska? Zapowiadała, że przeprowadzi transformację cyfrową w edukacji.

Pojechała na UniwersytetPrinceton w USA zdobywać kolejny stopień naukowy. Byłem jej długoletnim zastępcą, przekazanie obowiązków nastąpiło w pełnym uzgodnieniu.

W kraju dopadło ją zmęczenie materiału?

Wyobrażam sobie, że po siedmiu latach w sektorze publicznym każdy może czuć potrzebę zmiany. A Princeton to jedno z takich miejsc, które dają nową perspektywę.

Panu zostało półtora miesiąca do wyborów, by się wykazać na stanowisku. Jakie są pana cele?

Staramy się oderwać działania od tej perspektywy. Chcemy dokończyć i rozwinąć te kwestie, które już uruchomiliśmy.

To m.in. laptopy dla czwartoklasistów, wyposażenie 100 tys. sal lekcyjnych w sieć LAN, bony dla nauczycieli na zakup sprzętu oraz uruchomiony w lipcu portal edukacja.gov.pl. Prawdziwy święty Graal cyfryzacji edukacji, bo da możliwość poświadczania wykształcenia w oderwaniu od papierowych dokumentów. To ważne choćby dla osób, których uczelnia z różnych powodów przestała istnieć. Chcemy wprowadzić w edukacji rozwiązanie podobne do portali podatnika czy pacjenta. To rozwiązanie na lata, niezależnie od tego, kto wygra wybory.

Jakie funkcjonalności zostaną udostępnione na ten rok szkolny?

Każdy uczeń dorosły (a niepełnoletni za zgodą rodziców) będzie mógł poświadczać swoją tożsamość cyfrowo dzięki mobilnej legitymacji, wystarczy do tego smartfon. Docelowo każdy, czyli uczeń, student, wykładowca, nauczyciel, ma mieć własne indywidualne konto edukacyjne. Nazwaliśmy je MIKE (od: Moje Indywidualne Konto Edukacyjne, bo IKE jako produkt emerytalny był już zajęty). Rejestry, które od ponad dekady funkcjonują, jak System Informacji Oświatowej (SIO) czy system POL-on (dotyczący nauki polskiej), służyły głównie do wyliczenia subwencji i innych kwestii administracyjno-finansowych. Teraz chodzi o to, by z zawartej tam wiedzy mogli korzystać obywatel, szkoła i uczelnia na bieżąco. Na przykład uczeń przepisuje się z jednej szkoły do drugiej. Dzięki MIKE taka informacja dotrze błyskawicznie do samorządu, placówek, co pozwoli na skuteczniejsze rozliczenia.

Co rodzic będzie miał z tego, że dziecko uzyska własne konto edukacyjne?

To będzie rozwiązanie dobrowolne i bezpłatne. Docelowo, może już w drugiej połowie tego roku szkolnego, uda się tą drogą wyrażać zgody na zajęcia, wycieczki itp., czyli to wszystko, co dotąd na zebraniach odbywało się z pomocą karteczek, które czasem ginęły. Tu nic nie zginie.

Na razie rząd rozdaje czwartoklasistom laptopy, ale nie ma do tego programu ich wykorzystania. Gdzie tu przemyślane działania?

Myślę, że gdybyśmy zapowiedzieli, że skoro teraz każdy uczeń ma laptopa, to rewolucjonizujemy sposób nauczania, byłoby to dla systemu oświaty za dużo naraz. I zamiast głosów zadowolenia posypałaby się krytyka.

Do czego więc uczniowie mają wykorzystać te laptopy?

Laptop ma być cyfrowym tornistrem. Można za jego pośrednictwem uczestniczyć w zajęciach, przygotować się do nich. To się wiąże z inną naszą inicjatywą ‒ ogólnopolskim wirtualnym pulpitem.

Czyli?

To dostępne dla ucznia i nauczyciela, zebrane w jednym miejscu, oprogramowanie (m.in. do analizy danych statystycznych, obróbki dźwięku, grafiki, obrazu), rozwiązanie chmurowe, do którego będzie można wejść, logując się z poziomu przeglądarki. To efekt naszej obserwacji, że szkoły często sobie nie radzą z kwestiami licencyjnymi, zakładaniem kont. My zamierzamy dać darmowy dostęp w wersji podstawowej do programów, który są przydatne w nauce. Na razie trwa regionalny pilotaż na grupie kilku tysięcy uczniów w kilkudziesięciu szkołach. A równolegle, przy okazji letnich akademii Wirtualnych Laboratoriów Przyszłości, robiliśmy szkolenia z obsługi sprzętu, oprogramowania dla nauczycieli.

Realia szkół to wciąż sale lekcyjne bez internetu, gniazdek, infrastruktury koniecznej do istnienia sieci.

System oświaty to nawet 15 mln ludzi. Uczniowie, rodzice, nauczyciele, kuratoria. Żadna zmiana w tym systemie nie rozegra się więc nagle. I nikt nie mówi, że mamy dziś wszystkie piękne cyfrowe szkoły. Na pewno chcemy do tego dążyć, a to oznacza pokonywanie lokalnych wyzwań.

Program rozdawania laptopów co roku będzie pochłaniał miliard złotych. Jakie mają być jego efekty?

Zaznajomienie uczniów z podstawowymi narzędziami pracy, które będą w przyszłości wykorzystywać, oraz podniesienie ich kompetencji cyfrowych. Instytut Badań Edukacyjnych będzie robił analizy, które pokażą wpływ naszych działań na uczniów. Już teraz robimy razem z branżą coś, co nazywa się fitness testem kompetencji cyfrowych, i wychodzi, że w szkołach, gdzie działają Laboratoria Przyszłości, uczniowie mają wyższe kompetencje niż ich rówieśnicy. Już dziś widzimy różne inicjatywy nauczycieli, którzy się zrzeszają i wymyślają, co można z tym sprzętem ciekawego zrobić.

Nadal nie mamy przyjaznej publicznej platformy edukacyjnej dla uczniów. Są za to słabe e-podręczniki. Równocześnie takie narzędzia w kilka lat zbudowały firmy, które dziś oferują wsparcie w edukacji domowej, czy wydawnictwa edukacyjne. Dlaczego oni potrafili, a kolejne ekipy w MEiN nie?

Wracamy do wielkości systemu oświaty. Firmy budują platformy dla konkretnej grupy uczniów. My mamy ich pięć milionów, więc skala jest nieporównywalna. Będziemy jednak stopniowo zmierzać w podobną stronę, tylko znów ‒ to wymaga czasu. Na razie skupiamy się na wprowadzeniu możliwości logowania przez MIKE. Z kolei chcę podkreślić, że nie będzie nakazu korzystania z naszych rozwiązań. Nie chcemy wykluczać prywatnych podmiotów, które już zbudowały coś, z czego korzystają szkoły.

Nie mówimy o wykluczaniu tylko o publicznej alternatywie. Do obsługi gabinetów lekarze mogą korzystać z prywatnych systemów, ale chętnym państwo zapewnia program eGabinet. My do obsługi szkoły mamy Librusa i kilka innych prywatnych systemów.

Baza dla rozwiązań w ochronie zdrowia ‒ internetowe konto pacjenta ‒ wystartowała lata temu. Początkowo można było sprawdzić tam jedynie podstawowe informacje, ale z czasem na jego podstawie powstał ekosystem: recepty, zwolnienia, skierowania. Tu będzie podobnie.

Doczekamy się państwowego e-dziennika?

Tego nie powiem, ale obiecuję, że system będzie się rozrastać.

Sęk w tym, że prywatne e-dzienniki już teraz najpierw zbierają dane edukacyjne uczniów, a potem każą sobie płacić za narzędzia, przy pomocy których można nimi zarządzać. Część używa wprowadzonych do nich informacji do profilowania reklam.

Na pewno nie będziemy udawali, że skoro my się nie zajmujemy obrotem tymi danymi, to nikt ich nie zbiera. Natomiast póki co będziemy działać tam, gdzie sektor prywatny nie może, np. wystawiać elektroniczne świadectwa. Edukacja jest obszarem, w którym jest tak wiele do zrobienia, że nie musimy wchodzić w dyskusję o rywalizowaniu z prywatnymi podmiotami. Na razie się uzupełniamy.

Jakiejest pana zdanie o smartfonach w szkole? Powinno się ich zabronić?

Smartfon, laptop, tablet, gogle wirtualnej rzeczywistości to narzędzia, które mają miejsce w życiu, w związku z tym muszą mieć też jakieś miejsce w szkole. Natomiast to absolutnie nie znaczy, że powinniśmy pozwalać oglądać TikToki na lekcjach. Myślę, że szkoły same powinny wypracowywać rozsądne normy.

Czy skoro zasypujecie uczniów sprzętem, wprowadzicie też jakieś elementy higieny cyfrowej do programów szkolnych?

Ten sprzęt jest potrzebny dzieciom głównie po to, by zyskiwać dostęp do różnych możliwości. Wyzwanie polega na tym, żeby przekazując go, uświadomić uczniów, od czego należy się trzymać z daleka. Budowanie takiej świadomości to nie zadanie na jedną lekcję wychowawczą, a proces.

Trwa dyskusja o uzależnieniu młodzieży od technologii, a MEiN włączyło do podstawy programowej gry.

To jest dobry przykład. Zewsząd słyszymy, że mają one zły wpływ na młodzież. Fakt, często mają patologiczną konstrukcję. Nie są produktem, który sprzedaje się, by zaoferować przygodę, tylko światem, który wciąga się gracza, żeby był w nim jak najdłużej i płacił za niego jak najwięcej. Tego typu gry nigdy miejsca w podstawie programowej nie znajdą.

Ale znów: nie znaczy to, że mamy tworzyć efekt zakazanego owocu. Są gry, które mają wartość edukacyjną. Dlatego po dyskusjach wprowadziliśmy dwie pozycje do podstawy. Jednocześnie wokół nich jest masa scenariuszy, które wypracowaliśmy z twórcami i psychologami. Nie chcemy spychać całej tej sfery w szarą strefę. Bo efekt byłby taki, że częściej dzieci sięgałyby po gry, w tym te silnie uzależniające.

Rozmawiały Paulina Nowosielska, Anna Wittenberg