Oczywiście to nie oznacza, że we wszystkich gminach przedszkola świecą pustkami. W tych, w których od lat nic nie robiono i nie tworzono dodatkowych miejsc, być może nawet ich brakuje. Ale bardzo dużo jest takich samorządów, które z roku na rok remontowały budynki, a nawet budowały nowe placówki. A teraz stoją przed dylematem, czy je zamykać, czy też zachęcać rodziców najmłodszych dzieci do wysyłania ich do przedszkola. O ironio – o losie zawodowym nauczycielek mogą zdecydować więc pampersy.

Pomysł minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej, aby przyjmować do przedszkoli już dwulatki, jest także na rękę rodzicom. I być może niektórzy tę inicjatywę potraktują jako kiełbasę wyborczą. Trudno, ich problem. Jednak warto zwrócić uwagę, że rozwiązanie zaproponowane przez MEN mogło już funkcjonować w 2013 r., niestety ambicje Władysława Kosiniaka-Kamysza, szefa resoru pracy i polityki społecznej, spowodowały, że zostało odłożone na półkę. Minister obawiał się, że zrujnuje ono jego program zakładania żłobków (w gestii MPiPS). Mam więc nadzieję, że szef resortu pracy i tym razem nie zablokuje minister edukacji. Tym bardziej, że rodzice powinni mieć pełne prawo do decydowania, gdzie umieszczać swoje pociechy – w żłobku czy w przedszkolu. Niestety takiego wyboru obecnie nie mają, w efekcie starsze dziecko każe się im umieszczać w szkole, młodsze w przedszkolu, a najmłodsze w żłobku. Sam mam ten problem.

Pomysł resortu edukacji, aby dwulatek mógł uczęszczać do tego samego przedszkola co jego starszy brat lub siostra, jest świetnym rozwiązaniem, które ułatwi życie pracującym rodzicom. Biegnie od placówki do placówki jest co najmniej absurdalne i wyczerpujące nie tylko dla opiekunów, ale i ich pociech. Dlatego gorąco trzymam kciuki, aby obecnej szefowej MEN udało się wprowadzić zmiany w ustawie o systemie oświaty, a nie będzie to łatwe, bo do zakończeni a kadencji zostało już niewiele czasu.