W planach uroczystości żałobnych znalazły się też takie elementy, jak np. wywieszenie czarnych flag na dachach 16 uniwersytetów. W komunikacie czytamy także, że: „Obowiązują stroje żałobne! Można zaopatrzyć się w kir, świece, gromnice, wieńce”.

O co ten dym? O pieniądze. Przeciwko destrukcyjnej polityce rządu, która doprowadziła do kryzysu w szkolnictwie wyższym. Czym on się objawia? Protestujący wskazują, że studenci tłoczą się w przepełnionych grupach, zachęceni obietnicą wyższego wykształcenia i lepszego życia, stają się trybikami w fabryce dyplomów. Z kolei młodzi, ambitni naukowcy coraz częściej zmuszeni są do emigracji, by uciec przed beznadziejną rzeczywistością polskich bieda-uniwersytetów. Z kolei forsowany model finansowania nauki zmuszający do konkurowania o pieniądze wywołuje stres i niepewność u naukowców. A to, zdaniem komitetu, uniemożliwia prowadzenie ambitnych i długofalowych badań.

Problemy zatem są poważne. Ale zadziwia to, że akademicy, osoby ze stopniami i tytułami naukowymi, decydują się na formę protestu, która jest śmieszna. Podobnie jak postulaty. Niektóre są już nieaktualne. Pozostałe nie są receptą na poprawę stanu kryzysu w szkolnictwie wyższym. Ten faktycznie ma miejsce, ale niestety w dużej mierze doprowadzili do niego sami akademicy. Rozpasani wyżem demograficznym i hurtowym kształceniem studentów. Przykro mi bardzo, że teraz mamy niż i przyszła pora zakasać rękawy. Akademicy wolą jednak urządzać żałobny happening, mając nadzieję, że rząd przed końcem kadencji i im rzuci kawałek wyborczej kiełbasy. Na marginesie tylko dodam, że w ostatnich trzech latach budżet państwa do pensji akademików dorzucił 6 mld zł! Krążąc z gromnicami po ulicach Warszawy, kadra akademicka się ośmiesza. Czekam już tylko, kiedy profesorowie zaczną podpalać opony.