- Szkoła wyższa z jednej strony jest świątynią wiedzy, a z drugiej działa jak przedsiębiorstwo. Nie da się wyrwać jej z kontekstu ekonomicznego. Nie wyobrażam sobie, aby państwo utrzymywało te uczelnie, które nie mają studentów - mówi prof. Marek Ratajczak.
Prof. Marek Ratajczak, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Obecnie w Polsce jest ok. 130 uczelni publicznych i ponad 300 niepublicznych, a liczba studentów spada. Niektóre publiczne szkoły wyższe przynoszą straty. Co zatem rząd zamierza z nimi zrobić?

Reklama
Przede wszystkim należy podkreślić, że nie chcemy prywatyzować publicznych szkół wyższych. Toczy się natomiast dyskusja o łączeniu czy też konsolidacji uczelni. Ten proces widać już wyraźnie w przypadku uczelni niepublicznych, ale prędzej czy później będzie on dotyczył również placówek publicznych. Liczmy na to, że społeczności poszczególnych uczelni same dojdą do wniosku, iż łatwiej im będzie razem niż osobno.
Co jeśli uczelnie publiczne nie będą chciały dobrowolnie się łączyć?
Chcemy je do tego zachęcać. Nowelizacją z 11 lipca 2014 r. ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. poz. 1198) wprowadziliśmy ideę związku uczelni. Pierwszy już powstał między trzema uczelniami krakowskimi. To nie jest konsolidacja, ponieważ szkoły zachowały m.in. swoją odrębność formalno-prawną, ale jest to znak, że szkoły wyższe myślą o zinstytucjonalizowanej współpracy. Łatwiej jest mówić o niej niż o łączeniu trzech uczelni w jedną. Konsolidacja nigdzie na świecie nie jest procesem łatwym. Wiąże się to z obawami, np. czy mniejszy podmiot nie „rozpłynie się” w większym organizmie. Chcielibyśmy, aby konsolidacja była oparta na inicjatywie oddolnej. Na pytanie, co jeśli się okaże, że większość uczelni nie widzi sama z siebie takiej potrzeby, trzeba będzie kiedyś odpowiedzieć. To nie jest pytanie na dziś.
Jak to nie na dziś? Przecież uczelnie już teraz są w tarapatach. Rząd powinien przygotować odpowiednie rozwiązania wcześniej.
Odpowiednie narzędzia dla uczelni w trudnej sytuacji ekonomiczno-finansowej są już wypracowane. Mamy kilka uczelni publicznych realizujących program naprawczy, który pozwoli ograniczyć ich deficyt. Ale – co należy podkreślić – nie ma wątpliwości co do ich przyszłości jako samodzielnych podmiotów w ramach sektora publicznego. Idea konsolidacji jest dyskutowana ze środowiskiem akademickim. Akademicy w większości nie są rewolucjonistami, muszą dojrzeć do pewnych decyzji. Są jednak przykłady państw, gdzie wymuszono konsolidację. We Francji, która uznała, że ma za dużo publicznych szkół wyższych, są do tego „zachęcane” drogą administracyjną. Na przykład zamraża się zatrudnienie w tych szkołach wyższych – jeśli pracownik odchodzi na emeryturę, nie można przyjąć kolejnego. To nie jest jednak droga, którą chcielibyśmy iść.
Natomiast zdajemy sobie sprawę, że ostatnie lata są trudne dla uczelni ze względu na liczbę kandydatów na studia. Część środowiska akademickiego upatruje rozwiązania w tym, że dotacja dla uczelni nie powinna być naliczana z tytułu liczby studentów. Przypomnijmy, że jeszcze parę lat temu sugerowano, że w zasadzie wszystkie środki powinny być uzależnione od tej liczby, np. poprzez wprowadzenie bonu edukacyjnego. Jednak gdybyśmy zupełnie się wycofali z finasowania związanego z liczbą studentów, to czy możemy pozwolić na to, by w sytuacji krańcowej budżet państwa utrzymywał uczelnie, na których w ogóle nie byłoby studentów?
A możemy?
Nie. To jest niewyobrażalne.
A jaki mają państwo limit, skoro już teraz budżet utrzymuje szkoły, które przyjmują rocznie po np. 50 osób?
Zastanowimy się, co w tej sytuacji robić. Czy jest możliwość połączenia takiej placówki z inną uczelnią publiczną albo przekształcenia szkoły wyższej w zamiejscowe wydziały większego ośrodka akademickiego. Może też ostatecznie pojawić się pytanie, czy ta uczelnia ma dalej w ogóle istnieć, ale to musiałoby być poprzedzone bardzo wnikliwą analizą uwzględniającą interes społeczny.
Może zatem warto byłoby dopuścić konsolidację uczelni publicznych z niepublicznymi i ich prywatyzację?
Pomysł, aby w ten sposób, mówiąc kolokwialnie, uwolnić się od nierentownych uczelni publicznych, nie wchodzi w grę. Szkoła wyższa to coś innego, niż przysłowiowy stragan z warzywami. Nie można w jej wypadku podejmować decyzji, kierując się jedynie wynikiem finansowym i nie brać pod uwagę uwarunkowań społecznych.
Jednak zdaniem części środowiska akademickiego ministerstwo prowadzi politykę, która zrównuje uczelnie z firmami.
Każdy ma prawo do swojego punktu widzenia, ale jest to przejaskrawienie. Często te same osoby narzekają, że polskie uczelnie zajmują dalekie miejsca w światowych rankingach. Ale te, które w nich zwyciężają, łączą umiejętnie dwie rzeczy: realizację misji edukacyjnej i badawczej z zarządzaniem menedżerskim. Uczelnia z jednej strony jest świątynią wiedzy, a z drugiej działa jednak jak przedsiębiorstwo. Nie da się jej wyrwać z kontekstu ekonomicznego. Przecież budżet państwa utrzymuje je z pieniędzy podatników. Nie możemy zatem powiedzieć: podatniku, przyjmij do wiadomości, że twoją firmę likwidują, bo jest nierentowna, ale w przypadku twojego sąsiada, który jest zatrudniony na uczelni, budżet państwa będzie do niej dopłacać w nieskończoność. Dlatego konieczne jest racjonalne zarządzanie – misja przede wszystkim, ale trzeba też liczyć. Dla znacznej części społeczności akademickiej to jest potężne wyzwanie.
Czyli szkoły wyższe są rozpieszczone...
Trudno mówić o rozpieszczeniu, wynika to z historii. W poprzednim ustroju uczelni było niewiele, a prywatne praktycznie nie istniały. Po 1989 r. nastąpił boom na wykształcenie akademickie. Liczba studentów wzrosła kilkakrotnie. Aby obsłużyć to zapotrzebowanie, niektóre wydziały wynajmowały dodatkowe pomieszczenia, żeby zorganizować wykłady dla wszystkich chętnych. Budżety niektórych uczelni składały się wówczas nawet w 50 proc. z dochodów własnych, czyli prowadzenia studiów zaocznych, podyplomowych itd. Teraz udział tych środków jest często drastycznie mniejszy, ponieważ szkolnictwo wyższe zderzyło się z niżem demograficznym. Rektorzy muszą ocenić, które kierunki generują koszty, a które zyski. Najprościej oczywiście byłoby, gdyby państwo dało pieniądze na przetrwanie trudnych czasów, jednak to, co w ekonomii nazywa się miękkim ograniczeniem budżetowym, nie sprzyja wzrostowi efektywności i jakości.
A nie ma pan wrażenia, że następuje degradacja szkolnictwa wyższego?
O degradacji nie można mówić. Zdarzają się niestety czasem sytuacje, których nikt nie może tolerować. Gdy w danej uczelni łamią prawo, interweniujemy. Ale nie mogę powiedzieć, że jest gorzej niż kiedyś. Dzisiaj rektorom jest po prostu trudniej. Niektóre uczelnie mają problem z bilansowaniem przychodów i kosztów. Czasy boomu edukacyjnego, kiedy dużą część wynagrodzeń kadry akademickiej stanowiły dodatki z tytułu nadgodzin, utrwaliły w pracownikach określone oczekiwania. Na wielu uczelniach dodatkowo płacono za np. przeprowadzanie egzaminów, wypromowanie magistrów. Teraz w niektórych szkołach wyższych zapadają decyzje, że jest to zapisane do podstawowych obowiązków i nie dostaje się za ich wykonanie dodatkowego wynagrodzenia.
Czy podwyższenie nakładów na naukę do 2 proc. PKB jest realne?
Ma to nastąpić około roku 2020 i mają być to środki zarówno publiczne, jak i prywatne. W mojej ocenie jest to jak najbardziej realne, tylko wymaga systematyczności. Mam nadzieję, że rekomendacja Komisji Europejskiej w sprawie uchylenia procedury nadmiernego deficytu wobec naszego kraju ułatwi ministrowi finansów podejmowanie niektórych decyzji. Jednak podstawowym problemem w Polsce jest udział sektora prywatnego w finansowaniu badań. Jeszcze do niedawna w wielu firmach uważano, że są one od produkowania, sprzedawania, a nie od wymyślania i prowadzenia badań. Nie chcę powiedzieć, że są one odpowiedzialne tylko za poziom nakładów na naukę i że nie potrzeba więcej środków z budżetu państwa, ale udział sektora prywatnego musi być większy.
A co koniecznie trzeba zmienić?
Opracowujemy wizję szkolnictwa wyższego w nowych realiach. Trzeba się zastanowić z jednej strony nad rolą mechanizmów zapewniających stabilność finansową (dotacja statutowa w nauce, dotacja podstawowa w szkolnictwie wyższym), a z drugiej nad narzędziami konkurencyjności (środki grantowe w nauce, dotacja projakościowa w szkolnictwie wyższym). Musimy wykreować pewną liczbę ośrodków, które będą w stanie rywalizować z najlepszymi na świecie. Trzeba też znaleźć miejsce dla instytucji lokalnych. Nie wyobrażam sobie, aby było województwo, w którym nie ma uczelni publicznej, ponieważ spełnia ona rolę kulturotwórczą, społeczną itd. Będziemy musieli wrócić do dyskusji na temat modeli zarządzania szkołą wyższą. W tej chwili pracujemy na dokumentami programowymi, w których pokażemy materiał do dalszej dyskusji. Będzie on dotyczył rozwoju szkolnictwa wyższego i nauki. Przedstawimy go jeszcze w czerwcu.