Żeby utrzymać rodzinę na dobrym poziomie, muszę zrezygnować z wolnych weekendów, sobotni i niedzielny poranek kojarzy mi się z dworcem kolejowym, z którego ruszam do któregoś odległego miasta, by poprowadzić zajęcia na prowincjonalnej uczelni – żalił mi się profesor o znanym nazwisku. I opowiadał, jak drżąc od porannego chłodu, wymienia powitalne skinienia głowy z innymi luminarzami nauki. Potem każdy wsiada do swojego pociągu...

Szkół wyższych jest dużo, więc jest gdzie dorobić, choć te nie płacą wiele. Ale będąc już kimś, można dać radę. Gorzej, jeśli się jest świeżo upieczonym doktorem i dostaje posadę asystenta na publicznej uczelni. Szansa, że się zarobi na rękę więcej niż 2,2 tys. zł, są niewielkie. Chyba że się załapie na jakiś grant badawczy, ale tutaj konkurencja i kolejka jest długa. Więc choć liczba absolwentów opuszczających mury swoich Alma Mater z dyplomem magistra jest imponująca (w 2012 r. zdobyliśmy w tej konkurencji unijny złoty medal), to na pracę naukową decyduje się niewielu.
Na etat uczelniany z powodu niżu demograficznego nie mają już szans, pozostają „naukowe śmieciówki”. Na biznes i to, że zacznie łożyć pieniądze na badania i rozwój, także nie ma – przynajmniej na razie – co liczyć. Więc jesteśmy w ogonie Europy pod względem liczby naukowców. W działalności badawczo-rozwojowej pracuje ich niespełna 110 tys. Co z resztą? Przecież Polska jest gniazdem, gdzie się wysiaduje najwięcej doktorów. Wyjechali za granicę. Albo odbierają telefony w call centers. A mogliby malować trawę, żeby wyspa była bardziej zielona.