Uczelniane systemy zapobiegania plagiatom najczęściej sprowadzają się do oklepanych schematów. Bywa, że głównym zabezpieczeniem jest wymóg złożenia przez studenta oświadczenia o samodzielnym napisaniu pracy dyplomowej. Resztę mają wyłapać promotor, recenzenci lub egzaminatorzy. Szwankuje zwłaszcza opieka promotorska. W 10 spośród 14 uczelni grupa promotorów była nadmiernie obciążona liczbą dyplomantów, co powodowało, że nie zauważali bądź ignorowali zauważone przypadki. „Zdarzało się, że w jednym roku akademickim pod kierunkiem jednego promotora pracę pisało ponad 100 osób” – alarmuje NIK.

Spore wątpliwości wzbudził sposób wykorzystania oprogramowania antyplagiatowego. Zdarzały się przypadki wprowadzania przez studentów na polecenie promotora zmian do prac dyplomowych sprawdzonych w systemie tylko po to, żeby obniżyć współczynnik zapożyczeń wykazany przez program antyplagiatowy. W jednym przypadku doprowadziło to do modyfikacji pracy licencjackiej już po jej obronie. Z kolei na UW występowały przypadki badania programem prac osób niebędących studentami uczelni. „Koszty tych badań ponosił Uniwersytet Warszawski” – zwraca uwagę NIK. Uczelnia na nasze pytania odpisała, że były to jednostkowe przypadki, a koszt oscylował wokół 100 zł.

Dobrze, jeśli w ogóle dojdzie do sprawdzenia pracy. Na czterech uczelniach stwierdzono znaczące niewykorzystanie limitów sprawdzeń w programach antyplagiatowych. Łączna kwota niegospodarnie wydatkowanych środków wyniosła 63,5 tys. zł. Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie wykupił prawa do używania programu, ale w okresie obowiązywania zawartej umowy wykorzystał zaledwie 3 proc. opłaconej puli. „Dopiero po zakupieniu programu mogliśmy ocenić jego skuteczność. Obecnie obligatoryjnie sprawdzamy w nim wszystkie prace” – tłumaczy szkoła.

Uczelnie przy tym nie współpracują ze sobą. Tylko trzy uniwersytety korzystały z baz zawierających prace obronione w innych szkołach, pozostałe ograniczały się do prac swoich studentów oraz przeszukiwania sieci.

Być może programy wystarczyłyby, gdyby nie to, że stosunkowo łatwo je oszukać. Jak zauważa NIK, w wielu wypadkach wystarczy prosta zamiana pojedynczych wyrazów w dłuższej frazie, żeby system nie zauważył plagiatu. Z kolei przez niedopasowanie programu do specyfiki prac dochodzi do sytuacji kuriozalnych. „Zastosowanie w kolejnych pracach identycznych sekwencji matematycznych, co w wielu wypadkach jest po prostu nieodzowne, np. do wykonania obliczeń projektowych, system wskazuje bowiem jako potencjalne naruszenie praw autorskich” – wykazują kontrolerzy.

Branża odpiera zarzuty NIK. – System nie wskazuje potencjalnego naruszenia praw autorskich, a jedynie identyczne fragmenty różnych tekstów. Interpretacja danych należy do osoby sprawdzającej pracę. Zadaniem systemu antyplagiatowego jest oznaczenie identycznych fragmentów, aby osoba sprawdzająca pracę mogła ocenić ich charakter – wskazuje prezes Plagiat.pl Sebastian Kawczyński.

Nie zgadza się też z sugestią NIK, że programy można łatwo oszukać. – System wykrywa identyczne frazy pięciowyrazowe. „Nieskomplikowana zmiana” musiałaby oznaczyć zmianę co piątego wyrazu w tekście. Dokonanie jej oznacza stworzenie nowego tekstu. Studenci muszą korzystać z opracowań, np. dokonując parafraz. Zaznaczanie tego typu fraz jako podejrzanych byłoby przejawem nadwrażliwości systemu – przekonuje Sebastian Kawczyński.

Wystarczy lekko zmienić szyk zdania, a system jest bezradny