Ponad dwa tygodnie temu do szkół wrócili uczniowie klas I–III. Wciąż nie ma decyzji, co z pozostałymi dziećmi. Choć resort edukacji od początku pandemii przekonuje, że szefowie szkół i przedszkoli najlepiej wiedzą, jakie ograniczenia wprowadzać w swoich placówkach, to nie chce się jednak zgodzić, aby oni sami decydowali o liczbie klas i uczniów uczących się z domu i tych, którzy uczęszczają na zajęcia w formie stacjonarnej.
Tymczasem opiekunowie, nauczyciele i dyrektorzy buntują się przeciwko obowiązującym ograniczeniom i przy pomocy prawników szukają rozwiązań, aby mimo restrykcji wracać do nauki stacjonarnej. W ubiegłym tygodniu Przemysław Czarnek, minister edukacji i nauki, zmienił przepisy, które dotychczas wykorzystywano, by dzieci uczyły się w szkole, rzekomo z powodu braku warunków do zdalnych lekcji w domu. Jak się jednak okazuje – nie do końca skutecznie.
Elastyczność czy uznaniowość?
Do resortu edukacji napływały informacje, że ta furtka wykorzystywana jest na coraz większą skalę. Według resortu około 3 proc. uczniów starszych korzystało ze stacjonarnej nauki, na podstawie, obowiązującego do 1 lutego, par. 2 ust. 3f rozporządzenia ministra edukacji narodowej z 12 sierpnia 2020 r. w sprawie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 (t.j. Dz.U. z 2020 r. poz. 1389 ze zm.). Stanowi on, że niektórym uczniom z uwagi na rodzaj niepełnosprawności lub brak możliwości nauki w domu dyrektor szkoły musi zorganizować lekcje na terenie placówki.
Zdarzały się przypadki, że rodzice, całymi klasami, składali stosowne oświadczenia, a dyrektorzy musieli umożliwić ich dzieciom naukę w szkole. Znowelizowany przepis pozostawił takie uprawnienie wyłącznie opiekunom uczniów niepełnosprawnych. Wobec pozostałych dyrektor może, ale nie musi przychylić się do wniosku rodzica, który twierdzi, że nie ma warunków do nauki w domu. Dodatkowo dla tych uczniów nie ma już formalnie możliwości organizowania zajęć w formie tradycyjnej, pozostawiono tylko możliwość realizacji ich na terenie szkoły, ale z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość.
Liczy się pomysłowość
Choć mogłoby się wydawać, że obecnie nawet jeśli dyrektor i nauczyciele są przychylni temu, aby starsi uczniowie wrócili do zajęć stacjonarnych, to taka możliwość została wykluczona. Prawnicy jednak przekonują, że nowelizacja nie jest przeszkodą w prowadzeniu lekcji na terenie szkoły dla wszystkich. – Znam niepubliczne szkoły podstawowe na trenie Mazowsza, które uczyły w formie stacjonarnej również starsze klasy i nie zamierzają z tego rezygnować. Część uczniów, a nawet całe klasy, przebywają w salach lekcyjnych, mają np. tablety, a nauczyciele formalnie prowadzą lekcje przez internet, ale jednocześnie pełnią rolę opiekunów – mówi Robert Kamionowski, ekspert ds. prawa oświatowego, radca prawny z kancelarii Peter Nielsen & Partners Law Office. Zwraca uwagę, że w przepisach nie zapisano, że nauczyciel ma być w innym pomieszczeniu niż uczniowie. – Resort edukacji może to uznać za obchodzenia prawa, a to jest po prostu umiejętne korzystanie z obecnych regulacji – dodaje.
Także Łukasz Łuczak, adwokat i ekspert ds. prawa oświatowego, wskazuje, że nowelizacja nieco skomplikowała sytuację rodziców niezgadzających się na zamykanie szkół, ale przy odrobinie dobrej woli ze strony organu prowadzącego, dyrektorów i nauczycieli nauka w tradycyjnej formie w starszych klasach nadal jest możliwa.
– Z naszych informacji wynika, że szkoły, które prowadziły zajęcia stacjonarne na podstawie tego przepisu, czy to w Małopolsce, czy na Mazowszu, w dalszym ciągu to robią. Najwięcej takich przypadków jest w prywatnych placówkach, bo tam opiekunowie płacą wysokie czesne i chcą mieć zapewnioną naukę na takich warunkach, jakie wynikają z umów – potwierdza Przemysław Popielec, założyciel inicjatywy „Strajk Rodziców”.
Podobne przykłady wskazują inni opiekunowie działający na rzecz powrotu do szkół. Adam Mazurek, organizator Ogólnopolskiego Strajku Dzieci do Szkół, wskazuje, że w dalszym ciągu w formie stacjonarnej uczą się uczniowie w Krośnie, w Rzeszowie, Piątnicy pod Łomżą, Białobrzegach, Tarnowskich Górach czy na Podhalu. – We Włocławku i Poznaniu sami nauczyciele robią wszystko, aby uczniowie wracali do stacjonarnej nauki – podkreśla.
Robert Kamionowski przekonuje, że nawet jeśli na takich zajęciach pojawi się kontrola z kuratorium, to nie może nagle nakazać, aby uczniowie przestali przychodzić do szkoły. – Kurator wydaje co najwyżej zalecenia, a przecież nie mogą one być ostateczne. Tu działa kodeks postępowania administracyjnego i możliwość odwołania się od nich, np. do ministra edukacji i nauki. A to wszystko trwa i można skutecznie całą procedurę przeciągać, aż do powrotu uczniów do szkoły, a wtedy cała sprawa okazuje się bezprzedmiotowa – mówi prawnik. ©℗