Haczyk tkwi w tym, że na część z przywilejów trzeba poczekać kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Wiążą się one bowiem ze stopniem, czy tytułem naukowym, jakim może pochwalić się pracownik. Szczególnie uprzywilejowani są ci, którzy zdobyli profesurę. Są rzadziej oceniani za swoją pracę i z reguły zatrudnieni na podstawie mianowania. To im w pierwszej kolejności przysługują również podwyżki, na które rząd przeznaczył w ciągu najbliższych lat 6 mld zł. Są cenni, bo to od ich liczby na uczelni zależy to, czy wydział może prowadzić studia.

To słuszny system, bo za trud włożony w pracę naukową należą się benefity. Tyle tylko, że dorobek starszej kadry naukowej nie jest imponujący – niewiele patentów i wynalazków, które przynoszą zysk, nie mówiąc już o Nagrodzie Nobla. Nawet prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego, wytknęła akademikom, że na tle europejskim Polska znajduje się na ostatnich miejscach pod względem zdobywania grantów. Za nami są tylko Słowenia i Słowacja. Profesorowie narzekają, że te wyniki to nie ich wina, lecz zbyt niskich środków na naukę.

Na ich brak nie skarżą się za to młodzi naukowcy. To oni napędzają polską naukę i wykorzystują potencjał, jaki dają fundusze unijne. Mimo że nie mają przywilejów, to są skuteczniejsi we wnioskowaniu o pieniądze na badania.

Starsza kadra spoczęła na laurach, bo od niej system już nic nie wymaga. A na młodych akademikach uczelnie oszczędzają w pierwszej kolejności. W nieskończoność zatrudniając na dziewięć miesięcy roku akademickiego i nie płacąc im za okres wakacji.

Rząd pracuje właśnie nad ograniczaniem niektórych przywilejów akademickich. Spotyka się jednak z dużym oporem kadry naukowej. Protestują oczywiście starsi pracownicy. Młodzi domagają się tylko sprawiedliwego systemu i płatnego urlopu w wakacje.