Przedszkolna „złotówka za godzinę” to stała opłata za każde 60 minut pobytu dziecka w placówce powyżej 5 darmowych godzin. Ma być oszczędność dla rodziców, bez uszczerbku na dodatkowych zajęciach dla maluchów. Brzmi pięknie. A jak będzie od września? Dyrektorzy placówek alarmują, że znikną angielski, plastyka czy tańce. Ups – zawaliła się ściana.

To może ta będzie solidniejsza: brakuje miejsc opieki dla najmłodszych, więc trzeba zrobić coś, by ułatwić ich powstawanie. Najlepiej złagodzić przepisy. Słusznie? Słusznie. No to skrobiemy. Osoby chcące otworzyć żłobek lub klub dziecięcy powinny mieć w lokalu dwa pomieszczenia, w tym jedno przeznaczone do odpoczynku. Niektóre sanepidy i samorządy zezwalały, by w tej części dzieciaki mogły przebywać także poza porą leżakowania, co zwiększało metraż zabawowej powierzchni. Ludzie pozakładali placówki, a instytucje zmieniły swoje interpretacje... Słyszą państwo, jak wali się druga ściana?

Spróbujmy z jeszcze jedną. Żeby założyć przedszkole, potrzebna jest zgoda powiatowego inspektoratu nadzoru budowlanego, na którą się długo czeka. A czas to pieniądz, więc Ministerstwo Infrastruktury informowało, że nie trzeba sobie zawracać tym głowy. Ludzie uwierzyli. A PINB zaczął nakładać opłaty legalizacyjne, minimum 20 tys. zł. Naiwni poszli z pretensjami do resortu. I co usłyszeli? Że PINB ma rację. Uwaga – leci kolejna ściana i nasz kolorowy dom jest już straszącym oczy szkieletem.

Trochę koloryzuję, ale mam tego świadomość. Koloryzują też politycy. Pytanie, czy opowiadają bajki z wyrachowania, czy też nie rozumieją konsekwencji swoich czynów.