Publiczne uczelnie nie dopinają budżetów. Aby załatać dziurę, decydują się na redukcję zatrudnienia.

– Placówki już zaczynają zwalniać – potwierdza prof. Czesław Puchalski, prorektor ds. rozwoju Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Ograniczanie zbyt dużej kadry okazuje się jedynym ratunkiem dla szkół, które chcą przetrwać na rynku.

Wyższe straty

Szkoły wyższe miały czas na przesłanie sprawozdania finansowego za 2012 r. do końca czerwca. Jak wynika z pierwszych informacji, do których dotarł DGP, sytuacja niektórych uczelni publicznych jest fatalna. Generują coraz większy deficyt budżetowy.

– Na przykład uniwersytety. Na 19 z nich aż 11 w 2012 r. odnotowało stratę – potwierdza prof. Mirosław Gornowicz, prorektor ds. ekonomicznych i rozwoju Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego (UWM) w Olsztynie.

Dziura budżetowa UWM zwiększyła się o 5,8 mln zł. Łącznie wynosi już 13,6 mln zł. Z kolei na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu (UMK) wzrosła aż do 22 mln zł. Problemy ma też Uniwersytet Opolski (2 mln zł strat w roku ubiegłym) czy Uniwersytet w Białymstoku (również prawie 2 mln zł na minusie).

– Strata za jeden rok nie jest jeszcze kłopotem. Może się wiązać na przykład z wydatkami inwestycyjnymi, które musiała ponieść uczelnia np. na renowację budynków – twierdzi Urszula Ziegler, kwestor z Uniwersytetu Śląskiego (UŚ) w Katowicach.

Dodaje, że problem pojawia się wtedy, gdy placówka ma ujemny wynik kilka lat z rzędu i traci płynność finansową. I przyznaje, że sytuacja szkół wyższych z roku na rok jest coraz gorsza.

Zabójczy niż

Kłopoty finansowe uczelni publicznych wynikają przede wszystkim z niżu demograficznego.

Maleje liczba osób na studiach stacjonarnych, co oznacza mniejsze wpływy z budżetu.

– Spada też liczba tych, którzy podejmują studia niestacjonarne czy podyplomowe, z których mamy dodatkowe dochody – tłumaczy prof. Mirosław Gornowicz.

Podaje przykład jednego z uniwersytetów, na którym liczba studentów niestacjonarnych w ciągu kilku lat spadała z 9 tys. do 2 tys. Z kolei na UŚ jest ich 10 tys. mniej niż 10 lat temu. To zmniejszyło przychód o ok. 50 mln zł.

– Maleją dochody, a koszty są albo te same, albo nawet wyższe niż kilka lat temu – mówi prof. Czesław Puchalski.

Wyjaśnia, że uczelnie inwestowały w nowe laboratoria, budynki, a ich utrzymanie jest kilka razy wyższe niż starych lokali.

– Bez wprowadzania działań oszczędnościowych i szukania nowych źródeł przychodów rosnące straty w szkołach wyższych są nieuniknione – alarmuje prof. Mirosław Gornowicz.

Zwolnienia ratunkiem

Nowelizacja ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. 84, poz. 455 z późn. zm.) zobligowała uczelnie, które mają problemy finansowe, do wprowadzenia programu naprawczego. Zgodnie z przepisami publiczne szkoły wyższe muszą go opracować, jeśli suma strat w okresie nie dłuższym niż pięć ostatnich lat przekracza 25 proc. ostatniej dotacji z budżetu państwa.

– Taki program obejmuje m.in. zwolnienia pracowników, wygaszanie etatów. Uczelnie ratują się też, wyprzedając mienie – wylicza prof. Czesław Puchalski.

Obecnie trzy uczelnie publiczne nadzorowane przez ministra szkolnictwa wyższego objęte są programem naprawczym, tj.: Szkoła Główna Handlowa w Warszawie (SGH), Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny w Radomiu oraz Akademia Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku.

SGH przyjęła plan ratunkowy w ubiegłym roku. Zaczyna wychodzić na prostą. Ze sprawozdania za 2012 r. wynika, że odnotowała zysk w wysokości 1,1 mln zł, podczas gdy np. cztery lata wcześniej generowała stratę ponad 8,6 mln zł.

– Proces poprawy finansów trwa od kilku lat. Obejmuje on oszczędności, ale też działania na rzecz zwiększenia przychodów – tłumaczy Marcin Poznań, rzecznik SGH.

Cięcia na SGH dotyczyły m.in. etatów. Szacuje się, że łącznie w latach 2013–2014 oszczędności z tytułu zmniejszonych wydatków na wynagrodzenia wyniosą ok. 6,8 mln zł.

– Będą one wynikały z naturalnych odejść na emeryturę kolejnych pracowników – twierdzi Marcin Poznań.

Podjęto także inne kroki, np. opracowano oferty czasowego przejścia na część etatu przez niektórych nauczycieli.

– Koszty płac to największe wydatki dla uczelni. Tylko na naszym uniwersytecie w Olsztynie wynoszą one ponad 260 mln zł. Dlatego ich ograniczenie przynosi największe efekty – uważa prof. Mirosław Gornowicz.

Wyjaśnia, że najprostszy mechanizm oszczędzania uczelni polega na tym, że zwiększa się liczbę studentów, którzy biorą udział w zajęciach, np. z 20 do 30.

– Nie wpływa to na jakość nauczania, a dzięki temu zmniejsza się liczba grup ćwiczeniowych. W efekcie nie potrzeba tak dużej kadry do prowadzenia studiów, a to przekłada się na realne oszczędności – dodaje.

Rektor do zmiany

W szkołach wyższych, którym nie uda się samodzielnie wyjść z tarapatów finansowych, resort nauki wprowadzi komisarza, który zastąpi rektora.

– W przypadku gdy uczelnia publiczna nie wprowadzi programu naprawczego lub ocena jego rezultatów wskaże, że nie zostaną osiągnięte zamierzone cele, minister ją nadzorujący odwołuje osobę pełniącą obowiązki rektora na okres nie dłuższy niż trzy lata – wyjaśnia Kamil Melcer, rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Osoba powołana przez ministra, komisarz, narzuci własny plan oszczędzania, w tym m.in. restrukturyzację zatrudnienia.

Na razie publiczne uczelnie nie obawiają się, że przez słaby wynik finansowy grozi im upadłość.

– Zlikwidowanie publicznej szkoły wyższej jest prawie niemożliwe – wskazuje prof. Marek Rocki, przewodniczący Polskiej Komisji Akredytacyjnej.

Zgodnie z art. 18 ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym likwidacja publicznej uczelni, która ma status szkoły akademickiej, może nastąpić tylko w drodze ustawy.

Z kolei zawodowe publiczne szkoły wyższe mogą być likwidowane przez ministra w drodze rozporządzenia.